środa, 24 września 2014

Gellert Tamas - Mężczyzna z laserem. Historia szwedzkiej nienawiści

„Mężczyzna z laserem. Historia szwedzkiej nienawiści” to jedna z tych książek, po przeczytaniu której uświadamiamy sobie, jak podłą istotą może być człowiek. Jak podli jesteśmy. W końcu, ile razy życzyliśmy komuś źle, ciesząc się jak małe dzieci, gdy jedno z tych życzeń ulegało urzeczywistnieniu? Ile satysfakcji odczuwaliśmy sprawiając innym przykrość, wykorzystując w tym celu starannie dobranych słów? Ile tak naprawdę brakowało nam, by chwycić za broń, gdyby tylko znajdowała się pod naszą ręką?

„Mężczyzna z laserem. Historia szwedzkiej nienawiści” to na pewno obraz ciemnej strony ludzkiej natury. Sytuacji, gdzie puszczają wszelkie hamulce. Nie ma miejsca tu dla zdrowego rozsądku. Wraz z pierwszym strzałem pozostaje już tylko jedna droga, na samo dno. I pytania, masa pytań, czy można było temu zapobiec?

Czy w ogóle można powstrzymać nienawiść? Zdusić ją w sobie i z szczerym uśmiechem spoglądać na świat? Czy też jesteśmy na nią skazani, jako nieodzowny element naszego jestestwa? Dostajemy ją w pakiecie razem z innymi uczuciami w momencie narodzin i w zależności od sytuacji korzystamy z jej usług by załagodzić własne, zachwiane stany emocjonalne. Pytanie tylko, gdzie leży granica, której pod żadnym pozorem nie powinniśmy przekraczać? Do jakiego momentu mamy prawo nienawiścią usprawiedliwiać nasze zachowanie? Jak o tym decydować?

W „Mężczyźnie z laserem” trudno szukać odpowiedzi na te pytania. Każda kolejna strona tylko je generuje, wymusza na czytelniku refleksje nad otaczającym go światem, zmusza do zastanowienia się nad sobą. Czy bylibyśmy wstanie zaatakować kogoś, tylko dlatego że ma inny kolor skóry, włosów? John Ausonius, główny bohater reportażu, nie miał z tym problemu. Po prostu, pewnego dnia strzelił do osoby, którą uznał za imigranta, jako znak protestu, że w Szwecji przebywa za dużo obcokrajowców. Jego zdaniem zabierali oni  Szwedom pracę, przyczyniali się do wzrostu przestępczości i dlatego należało ich wyrzucić z kraju. Początkowo nie zamierzał zabijać swoich ofiar, jednak z czasem poczuł, że jeżeli faktycznie chce coś osiągnąć musi odebrać komuś życie.
Charakterystyczne dla ataków Ausoniusa była czerwonka plamka widziana przez poszkodowanych, stąd tytuł „Mężczyzna z laserem”. Niemniej książka nie jest  tylko opisem kolejnych napaści Johna, to bardziej pretekst do przeanalizowania szwedzkiego społeczeństwa na przełomie lat 80/90.W tym czasie Szwecja zmagała się z poważnymi problemami na tle rasistowskim. Dużą popularność zaczęła zyskiwać partia polityczna „Nowa Demokracja”. Jej członkowie na każdym kroku powtarzali, że za wszelkie kłopoty w kraju winę ponoszą jedynie imigranci. I to oni są sami sobie winni, że ktoś do nich strzela. Można więc powiedzieć, że w pewnych kręgach czyny Ausoniusa spotykały się z ogromną aprobatą. Rządzący z kolei twierdzili, że w Szwecji nie ma rasizmu, a wszelkie wydarzenia związane z imigrantami należy uznać jako bardziej lub mniej poważne incydenty.

Gellert Tamas przygotowując się do napisania książki wykonał kawał mrówczej roboty, za co należą mu się wielkie brawa. Dotarł do rodziny Ausoniusa, jego znajomych z lat dziecięcych i późniejszych, rozmawiał z policjantami pracującymi nad sprawą „Mężczyzny z laserem”, przeczytał tysiące stron z akt  dotyczących dochodzenia oraz śledztwa, przejrzał setki materiałów prasowych, a także kilkakrotnie odwiedził samego przestępcę wysłuchując tego co ten ma do powiedzenia. Dzięki temu dostajemy pełen obraz Johna Ausoniusa. Obserwujemy, w jakich warunkach dorastał, jak zmieniały się jego poglądy, dlaczego zaczął strzelać do obywateli innych krajów.
 
Sam reportaż czyta się jak dobry kryminał skandynawski. Mimo wielu ograniczeń, wynikających z faktu, iż autor nie mógł pozwolić sobie na pisanie nieprawdy, nie nuży. Podoba mi się w książce również sposób, w jaki Tamas opisuje wydarzenia. Unika komentarzy, nie ocenia, stara zachowywać się bezstronnie, dając czytelnikowi możliwość samodzielnego wyrażania własnej opinii. A to jest bardzo ważne przy tego typu publikacjach.

Warto sięgnąć po „Mężczyznę z laserem”, choćby w tym celu by poznać demony, które siedzą w Szwedach do dziś. Wprawdzie John Ausonius zabijał na początku lat dziewięćdziesiątych, ale problemy na tle rasistowskim ciągle w Szwecji istnieją. Wystarczy wspomnieć o atakach na imigrantów w Malmö z przed pięciu lat. Pamiętajmy też, iż wszystkie te wydarzenia wbrew pozorom mają miejsce bardzo blisko Polski.

quidam

wtorek, 24 czerwca 2014

Katarzyna Świdrak, Krzysztof Świdrak- Ucho na świat

Czy możliwe jest stworzenie książki „pełnej dźwięków"? Jeżeli tak, to na pewno jest nią pozycja Katarzyny i Krzysztofa Świdraków pt. „Ucho na świat". Autorzy - dziennikarze i podróżnicy - ukazują czytelnikowi świat w bardzo ciekawej formie - poprzez dźwięki. Ich książka to zapis wywiadów ze znanymi osobami opowiadającymi o odgłosach, jakie towarzyszą im na co dzień, a także podczas odbywanych podróży i wypraw oraz o dźwiękach, które kojarzą im się z różnymi miejscami w Polsce i na świecie.

Znajdziemy tu 16 wywiadów z następującymi osobami: Martyną Wojciechowską, Janem Melą, Krzysztofem Hołowczycem, Jerzym Stuhrem, Hirkiem Wroną, Czesławem Mozilem, Wojciechem Mannem, Jarosławem Kretem, Marią Pomianowską, Bogusławem Kaczyńskim, Miką Urbaniak, Leszkiem Cichym, Elżbietą Zapendowską, Joszkiem Brodą, Markiem Niedźwiedzkim i Michałem Olszańskim.

Rozmówcy opowiadają o swoim poznawaniu świata poprzez dźwięki: te, które znamy i jesteśmy ich całkowicie świadomi oraz te, towarzyszące nam na co dzień, których nieraz nawet nie zauważamy i nie zwracamy na nie uwagi. Czytelnik może dowiedzieć się, jakie odgłosy są charakterystyczne dla Afryki, a jakie dla biegunów; które kojarzą się z Turcją, Danią, Włochami, Australią; jak brzmią morza, oceany i jeziora, a jak dżungle i pustynie.

Najbardziej podobała mi się rozmowa z Wojciechem Mannem, jego sposób opowiadania i dowcipne puenty. Bardzo plastycznie przedstawiona jest jego podróż przez Stany Zjednoczone. Równie dobrze czyta się wywiad z Markiem Niedźwiedzkim, który zaraża swą wielką pasją - odkrywaniem Australii.

Bardzo wesoła jest opowieść Jaśka Meli o zdobywaniu przez niego biegunów. Przybliża czytelnikowi osoby, z którymi udał się w podróż, opisuje warunki życia panujące na tym kontynencie. Z jego opowiadania przebija pogoda ducha i optymizm oraz radość, iż mógł przeżyć taką „przygodę życia".

To, co mi się jeszcze podoba w książce, to fakt, że poszczególne wywiady przeplatane są fragmentami wypowiedzi naukowców - fizyka, historyka sztuki i antropologa kultury. Osoby te przekazują czytelnikowi ciekawostki na temat dźwięków, różnych instrumentów muzycznych oraz tradycji i obrzędów z nimi związanych.

Trudno jest mi jednoznacznie ocenić tę pozycję. Pomysł na książkę jest bardzo ciekawy. Ciekawe są również wszystkie wypowiedzi zaproszonych gości. Niestety sposób prowadzenia wywiadów nie zawsze zadowala. Czytając książkę mam wrażenie, że rozmowy nie są prowadzone płynnie. Prowadzący skaczą z tematu na temat, powtarzają się te same pytania. Zupełnie niepotrzebnie stosują różne wtrącenia i komentarze, co utrudnia skupienie się na jednym wątku rozmowy. Momentami również autorzy za dużo mówią o sobie samych i o własnych podróżach, zamiast zwracać uwagę na swego rozmówcę.

Mimo tych niedociągnięć lektura książki „Ucho na świat" była dla mnie bardzo ciekawym doświadczeniem. Pomysł jest oryginalny. Po raz pierwszy czytałam tego typu książkę. Zawiera ona wiele ciekawych wspomnień, przemyśleń i anegdot; wpływa na wyobraźnię. Zwraca uwagę na to, jak wiele można dowiedzieć się na podstawie różnych odgłosów. Jak powiedział Bogusław Kaczyński, „nawet barwa naszego głosu to muzyka naszej osobowości”. Myślę, że warto po nią sięgnąć.

aja

piątek, 6 czerwca 2014

Chris Tvedt - Na własną rękę

Gdy dziewięć lat temu został wydany pierwszy tom tak zwanej „Trylogii Millenium” Stiega Larssona, nikt chyba nie przypuszczał, jak wielkie zamieszanie wywoła ona na rynkach czytelniczych, praktycznie całego świata. W jednej chwili mało znana Skandynawia stała się mekką dla miłośników kryminałów. Leif GW Persson, Åke Edwardson, Håkan Nesser, Camilla Läckberg, Jo Nesbø, Arnaldur Indriðason, Henning Mankell, niewiele jest chyba wśród amatorów zbrodni osób, którym te nazwiska nic nie mówią. A to przecież nie koniec listy. I pomyśleć, że jeszcze tych dziewięć lat temu praktycznie niemożliwością było w Polsce zakupienie jakichkolwiek książek autorów wyżej wymienionych. Dziś patrząc na półki księgarniane ciężko nam to sobie wyobrazić. Kryminał skandynawski stał się marką samą w sobie, towarem zapewniającym z jednej strony dobrą rozrywkę, a z drugiej sukces komercyjny. Odnoszę wrażenie, że wydawnictwa chcąc jak najlepiej skorzystać z zaistniałej sytuacji,  wręcz prześcigają się w wynajdowaniu i wydawaniu coraz to nowszych tytułów. Niestety nie zawsze są to dobre pozycje. Czasami, mimo zachwalających haseł reklamowych, do naszych rąk trafiają rzeczy mocno przeciętne, by nie powiedzieć kiepskie.

Ciekawie na tym tle wypada tytuł „Na własną rękę”, norweskiego pisarza Chrisa Tvedta. Jest to kryminał, gdzie ze świecą możemy poszukiwać silnie zarysowanego tła społecznego, mozolnego śledztwa, bohatera z licznymi problemami osobistymi, ponurej atmosfery, czyli tych wszystkich elementów charakterystycznych dla skandynawskiego kryminału. Czy w związku z tym mamy ciągle jeszcze z nim do czynienia? Na okładce książki wprawdzie jest napisane -  „Chris Tvedt to nowa gwiazda skandynawskiego kryminału”, ale czy tak w rzeczywistości jest? Czy wszystko co pochodzi z Norwegii, Szwecji, lub Danii wpisuje się w ten nurt? Moim zdaniem nie. Czytając opinie na temat książki natrafiłem na zdania jakoby czegoś tu brakowało. Moje odczucia były podobne, czegoś brak, a dokładnie elementów Skandynawii. To nie wina autora, że ktoś doczepił mu łatkę „nowej gwiazdy”, wprowadzając przy okazji czytelników w błąd. Kryminał skandynawski to dość specyficzny wór i nie należy wrzucać do niego wszystkiego jak leci. Zwłaszcza, iż „Na własną rękę” jest samą w sobie dobrą powieścią i nie potrzebuje tego typu zaszufladkowania.

Książka stanowi kontynuację cyklu, z prawnikiem Mikaelem Brenne w roli głównej. Tym razem staje on w obronie człowieka oskarżonego o gwałt i brutalne zabójstwo czternastolatki. Wszystkie dowody wskazują na winę oskarżonego, jednak udaje się go uniewinnić dzięki zeznaniom pewnego świadka. Początkowa radość z sukcesu, z czasem przeradza się w zwątpienie. Brenne rozpoczyna prywatne śledztwo w celu rozwiązania wszelkich wątpliwości. Musi mieć pewność, czy aby przy jego pomocy na wolność nie wypuczono niebezpiecznego mordercy.

Pierwszą myślą jaka wpadła mi do głowy w trakcie czytania książki było uznanie Chrisa Tvedta, jako norweską odpowiedź na znanego amerykańskiego pisarza Johna Grishama. Jednak to trochę błędne porównanie. Tvedt w odróżnieniu od twórcy fantastycznych thrillerów prawniczych, nie używa specyficznego prawniczego języka, przebieg samych rozpraw opisuje dość pobieżnie, bez zagłębiania się w szczegóły. Poszukiwania przez bohatera odpowiedzi na nurtujące go pytania, też ciężko nazwać śledztwem. Bardziej na ślepo uruchamia bieg zdarzeń, nie mając pojęcia, dokąd tak naprawdę zmierza. Otrzymujemy z tego powodu troszkę naiwną akcję, która wbrew pozorom potrafi wciągnąć. Brzmi to może mało wiarygodnie, ale z każdą kolejną stroną coraz bardziej ciekawiło mnie, jakie będzie zakończenie historii.  A te jest bardzo zaskakujące. Autor sprytnie żongluje dowodami, by w odpowiednim momencie dać czytelnikowi do zrozumienia, iż prawda nieraz ma wiele twarzy. Dobry kryminał, wart polecenia wszystkim fanom tego gatunku.

quidam

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Jacek Piekara - Ja, Inkwizytor. Głód i pragnienie

Nabił mi Piekara ćwieka swą najnowszą książką o przygodach Mordimera. Kierowany licznymi negatywnymi wypowiedziami na jej temat podszedłem do lektury z dużymi obawami. W końcu opinie typu najgorsza rzecz w twórczości autora, brak pomysłu, gniot, nie mogły napawać optymizmem. Nie pomagały nawet gdzieniegdzie pojawiające się pozytywne głosy. Przecież zagorzali fani łykną wszystko, tłumaczyłem sobie czytając co bardziej pochlebne słowa, a ja do nich przecież nie należę. Oczywiście przeczytałem wszystkie wcześniejsze części cyklu Inkwizytorskiego i nie uważam tego za stracony czas, ale też nigdy z wypiekami na twarzy nie wyczekiwałem na kolejne tomy. Nie inaczej było i tym razem. O najnowszej książce Piekary dowiedziałem się praktycznie tak jak zawsze, z księgarnianej witryny. Ładnie ułożony stosik „Głodu i pragnienia” wręcz przykuwał uwagę. Kwestią czasu pozostawało, kiedy wpadnie do mych rąk.

Jak już wcześniej wspomniałem, nim zabrałem się do czytania, przejrzałem w Internecie co o książce sądzą inni. Nie były to pochlebne recenzje. Przygotowany na najgorsze, ku mojemu zdziwieniu z każdą kolejną kartką stwierdzałem, że mam do czynienia ze „starym, dobrym” Piekarą. Specyficzny humor bohatera, charakterystyczny świat, interesująco opowiedziana historia, czyli wszystko to za co lubię i cenię cykl o Mordimerze Madderdinie. Na „Głód i pragnienie” składa się jedno króciutkie opowiadanie oraz tytułowa mini-powieść. „Wiewióreczka”, bo taką nazwę nosi opowiadanie, jest nieskomplikowaną historią, w której Mordimer musi wydobyć od pewnego nieuczciwego bankiera informację, gdzie ukrył skradzione pieniądze. Zadanie tylko z pozoru wygląda na proste, gdyż złodziej wykorzystując swój spryt robi wszystko by przechytrzyć przesłuchującego go inkwizytora.  „Głód i pragnienie” to już inny kaliber. Mordimerowi przyjdzie mierzyć się z przeciwnikiem niezwykle niebezpiecznym, jakiego na samym początku prowadzonego przez siebie śledztwa nawet nie przeczuwał spotkać. Wszystko zaczyna się od „prośby” przełożonego, który zleca młodemu inkwizytorowi, by odnalazł córkę jednego ze swoich dalekich krewnych. Sprawa początkowo banalna, z czasem coraz bardziej ulega komplikacji.

Co najbardziej rzuciło mi się w oczy i wzbudziło największe zdziwienie, to brak panicznego przerażenia u niektórych na dźwięk słowa inkwizytor, czego we wcześniejszych tomach praktycznie nie uświadczyliśmy.  Ba, nawet spotkać można sytuacje gdzie zwykli ludzie otwarcie podważają decyzje Mordimera, nie kończąc przy tym na stosie. Ale to praktycznie jedyne novum ,z jakim mamy do czynienia, reszta na szczęście pozostaje bez zmian. „Nasz uniżony sługa, pełen wiary i pokory zwalcza wszelkie oznaki zła oraz herezji w imię Jezusa Chrystusa, który zszedł z krzyża i ukarał swoich oprawców”.  

Dlatego dziwią mnie krytyczne oceny „Głodu i pragnienia”. Jasne, że nie mamy tu do czynienia z ambitną prozą zmuszającą nas do głębokiej refleksji na temat życia, sensu istnienia itp. Nie takie było zamierzenie autora. Te bez głębokiego dna historie mają przede wszystkim bawić czytelnika. Świat gdzie Jezus zszedł z krzyża i śmiercią ukarał swoich przeciwników może wywoływać kontrowersje,  może być nazywanym bluźnierczym. Ale to tylko tło, kreacja dla przygód głównego bohatera. Jeżeli ktoś liczył na rewolucyjne zmiany będzie zawiedziony. Tylko na czym miałyby one polegać? Jaki jest sens w usprawnianiu dobrze działającej maszyny? Mordimer żyje w takich czasach, a nie innych. Ważne by zdarzenia tworzące całość potrafiły nas zaciekawić. Moim zdaniem potrafią. 

Dla niewtajemniczonych należy wspomnieć, iż „Głód i pragnienie” jest kolejną częścią z serii „Ja, inkwizytor” poprzedzającej wydarzenia z głównego cyklu, o losach Mordimera. Poznajemy w niej Madderdina jako młodego, świeżo upieczonego inkwizytora, zdobywającego doświadczenia w zwalczaniu choćby najmniejszych oznak występków przeciw Bogu. Tutaj również Piekara wyjaśnia, czy też rozwija niektóre wątki, znane z podstawowego cyklu. Niemniej nie ma większego znaczenia od jakiej książki zaczniemy zapoznawanie się z całością. Każda pozycja stanowi integralną całość w niewielkim stopniu nawiązując do wcześniejszych części.

quidam

poniedziałek, 31 marca 2014

Arnaldur Indriðason - Jezioro


Kleifarvatn to jezioro islandzkie znajdujące się niecałe 25 kilometrów od Reykjavíku. Po trzęsieniu ziemi, jakie miało miejsce w 2000 roku zauważono, że poziom wody drastycznie zaczął w nim spadać. W trakcie licznych badań nad tym zjawiskiem, pewnego wiosennego dnia, hydrolożka Sunna natrafia na częściowo wystający z wyschniętego dna szkielet. Wezwani policjanci odkrywają, że jest on przywiązany do dziwnej aparatury. Z czasem okazuje się, iż owa aparatura to urządzenie nasłuchowe wyprodukowane w Związku Radzieckim w latach sześćdziesiątych. Kim był denat? Co łączyło go z radzieckim sprzętem szpiegowskim? Na te pytania próbuje odpowiedzieć komisarz Erlendur Sveinsson. Zadanie nie jest jednak proste, gdyż jedynie co wie o zmarłym, to że był mężczyzną i zmarł mniej więcej 40 lat wcześniej. Równolegle ze śledztwem poznajemy losy zafascynowanej socjalizmem młodzieży islandzkiej, która w nagrodę za oddaną służbę w partii otrzymywała możliwość studiowania między innymi na Uniwersytecie w Lipsku. Wyjazd do kraju, gdzie panował jedyny słuszny ustrój dla wielu z nich okazywał się brutalnym zderzeniem z ziemią. Pełni optymizmu i wiary, że mogą zmienić świat na lepsze, stykali się rzeczywistością, która niewiele miała wspólnego z prawdami, jakimi byli karmieni na co dzień w Islandii. Bo czy przez inwigilację, podsłuchiwanie lub zastraszanie można budować lepsze jutro? Gdzie leży w człowieku granica między dobrem a złem? Badając sprawę tajemniczej śmierci mężczyzny, Erlendur Sveinsson krok po kroku poznaje prawdę na temat roli Islandczyków, jaką odgrywali w „dziwnej” wojnie pomiędzy Wschodem a  Zachodem.

„Jezioro” to bardzo dobry kryminał. Choć śledztwo toczone jest w bardzo powolnym tempie, brak szaleńczych pościgów, strzelanin, książkę czyta się z wielką przyjemnością. Niewątpliwie za taki stan rzeczy odpowiada język, jakim Arnaldur Indriðason kreuje świat. Pełen chłodu, ciemności, z elementami depresji, a może nawet i klaustrofobii. A jednak jest tu jakaś magia, coś co przyciąga uwagę czytelnika. Ja to nazywam realizmem. Indriðason nie tylko skupia się na śledztwie, w jego powieściach ważną rolę odgrywają postacie, ich charakterologia, relacje między nimi. Nie ma tu krystalicznie idealnych bohaterów, są ludzie ze swoimi zaletami i wadami, ze swoimi problemami i kłopotami. Choćby komisarz Erlendur Sveinsson, z jednej strony świetny śledczy, a z drugiej wielki przegrany jeżeli chodzi o życie prywatne. Tak też jest w rzeczywistości, nie wszystko jest kolorowe i piękne. Podobnie sprawa wygląda w „Jeziorze”, autor moim zdaniem perfekcyjnie uchwycił zwyczajność przeciętnego dnia ozdabiając go szczyptą mrocznego pesymizmu. 

Arnaldur Indriðason to bez wątpienia jeden z najlepszych współczesnych pisarzy kryminałów na świecie. Wielokrotnie nagradzany, między innymi Szklanym Kluczem (nagroda za najlepszą powieść kryminalną w krajach nordyckich) i Złotym Sztyletem (nagroda przyznawana przez Stowarzyszenie Pisarzy Literatury Kryminalnej za najlepszą powieść kryminalną). „Jeziorem” udowodnia, że nie przypadkowo cieszy dużą popularnością. Dla miłośników skandynawskiej zbrodni, a zwłaszcza twórczości Mankella lektura bezwzględnie obowiązkowa.

quidam 

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Mons Kallentoft - Wodne anioły

„Nie zawracajcie sobie głowy Stiegem Larssonem, Kallentoft jest lepszy”, czytamy na okładce książki. Tylko kim jest autor tych słów, niejaki Magnus Utvik? Ponoć krytykiem literackim. Przyznam szczerze,  nie znam. Być może tym stwierdzeniem skazuję się na ośmieszenie, ale naprawdę nie znam. A nie ukrywajmy, wielka popularność skandynawskich kryminałów sprawia, że niemalże każdy wydawca chce mieć w swojej ofercie chociaż jeden tytuł z tego gatunku, licząc na duże zyski ze sprzedaży. Jesteśmy więc zalewani następcami, mistrzami, tego a tego pisarza. I nie da się ukryć, nie zawsze są to wysokich lotów książki. Dlatego podchodzę z dużym dystansem do takich zachęt. Choć z drugiej strony z przyjemnością sięgam po każdy kryminał skandynawski, jaki jest w pobliżu mych rąk. Absurd? Z pewnością, jednak powieści m. in. Mankella, Nesbø, czy wyżej wspominanego Larssona na zawsze wywróciły mój czytelniczy świat, sprawiając, że każda następna pozycja z tamtych regionów spotyka się z dużym zainteresowaniem z mej strony. 

Nie inaczej było z „Wodnymi aniołami”. Zwłaszcza, że nie miałem wcześniej styczności z twórczością Kallentofta. Pierwsze strony niestety, trochę ostudziły mój entuzjazm. Drażniła narracja, raz w pierwszej osobie, raz w trzeciej. Odczuwałem chaos, który z każdą kolejną kartką na szczęście zanikał. Gdy już przyzwyczaiłem się do stylu pisarza, mym oczom ukazał się świat, za jaki pokochało kraje skandynawskie miliony osób na świecie. Mrok, duży nacisk na tło społeczne oraz wyrazisty bohater z jego wszystkimi wadami. Komisarz Malin Fors nie potrafi odnaleźć wspólnego języka z dorastającą córką, ma kłopoty w miłości i usilnie walczy by znów nie popaść alkoholizm. Jest też prawdziwą gwiazdą na posterunku w Linköping. Choć trzeba podkreślić, iż nie jest osamotniona w walce z przestępczością. Może liczyć w każdej chwili na kolegów. Razem tworzą zgraną paczkę, w której wszyscy nawzajem siebie uzupełniają.

„Wodne anioły” to kolejna książka, gdzie w głównej roli występuje Malin Fors i zarazem pierwsza część nowej serii o losach policjantów z Linköping. Tym razem muszą oni rozwiązać sprawę morderstwa bogatego małżeństwa, a także odnaleźć ich adoptowaną pięcioletnią córkę. Gdzie jest dziewczynka? Czy porwał ją zabójca? Może zdołała uciec i ukrywa się gdzieś w pobliżu? Czy jeszcze żyje? Z każdym kolejnym krokiem rodzą się nowe pytania. W raz z postępem śledztwa na światło dzienne wypływają coraz to bardziej mroczne sekrety zabitych? Korupcja, nielegalny handel - czy to były przyczyny zbrodni? Jeśli tak, to jaki ma to związek z zaginięciem dziecka?

Ciekawym zabiegiem są pojawiające się co jakiś czas głosy zabitych. Widzą oni, jak pracują policjanci, komentują wydarzenia. Oczywiście nie wpływa to w żaden sposób na śledztwo. Autor dość wyraźnie postawił granicę między światem żywych a umarłych. Dał im jednak możliwość wytłumaczenia się przed czytelnikiem ze swoich postępków. Poznajemy punkt widzenia na różne sprawy od strony śledczych i ofiar. Od nas zależy z czyim zdaniem się zgodzimy.

„Wodne anioły” to bardzo dobry kryminał. Ciekawie poprowadzona akcja sprawia, że do końca nie jesteśmy wstanie przewidzieć, jak zakończy się książka. A gdy ktoś zada mi pytanie, kto lepszy Larson czy Kallentoft, odpowiem, że obydwaj należą do ekstraklasy skandynawskich pisarzy kryminałów. 

quidam

piątek, 12 lipca 2013

Black Sabbath po obu stronach lustra

Nareszcie jest! Jeden z najważniejszych powrotów w dziejach muzyki rozrywkowej stał się faktem. Po ponad trzydziestu latach Black Sabbath znów nagrało płytę z Ozzym na wokalu. Jeżeli do tego  dodamy, że  na basie zagrał Geezer Butler, to otrzymujemy niemalże klasyczny skład odpowiedzialny za skomponowanie takich płyt jak „Paranoid”, czy „Sabbath Bloody Sabbath”. Szkoda tylko, że Bill Ward nie potrafił porozumieć się z kolegami i zamiast niego na perkusji musiał zagrać ktoś inny. Nie, żebym miał jakiekolwiek „ale” do jego zmiennika, jednak co klasyczny skład, to klasyczny skład. 

W wielu recenzjach „trzynastka”, bo taki tytuł nosi najnowsze dzieło zespołu, przyrównywana jest do „odgrzewanych starych kotletów”. Pojawia się też słowo autoplagiat. Ciężko z tymi opiniami się nie zgodzić. Czy jest to więc słaby album? Czy muzycy wykonali tak zwany skok na kasę? Jedni powiedzą tak, drudzy nie. Sęk w tym, że obydwie strony mają rację. Wszystko zależy, kto, czego oczekiwał po „13”. Ci, którzy liczyli na rewolucyjne rozwiązania, nowe formy wyrazu będą kręcić nosami, z kolei ci, co chcieli usłyszeć stare, dobre Black Sabbath nie rozczarują się. Jak oznajmił w jednym z wywiadów Ozzy, taką płytę powinni nagrać zaraz po „Sabbath Bloody Sabbath”. Zrobili to dopiero teraz, czterdzieści lat po wydaniu wspomnianego wyżej albumu. I to, tak na dobrą sprawę wyjaśnia, z jaką muzyką mamy do czynienia. Jaki cel przyświecał muzykom podczas jej komponowania? Chcieli wskrzesić ducha lat 70. Może dlatego gdzieniegdzie nawiązują do utworów z ich pierwszych płyt. Choćby otwierający album „End Of The Beginning” kojarzyć się może z „Black Sabbath”. Ten sam, ponury, mroczny, niczym z horroru nastrój. Rewelacyjny riff! A gdy wokalista zaczyna śpiewać, swym jakby zza światów głosem: „Is this the end of the beginning?” - aż ciarki po plecach przechodzą. Fantastyczny początek. Dalej też jest dobrze. Jedynie piosenka „Zeitgeist” mnie nie przekonuje. Za bardzo przypomina balladę „Planet Caravan”. I chyba głównie ze względu na ten utwór pada z różnych stron zarzut autoplagiatu. W pozostałych przypadkach, nawet jeżeli pojawiają się znajome nuty, korzystanie z tego słowa moim zdaniem jest lekkim nadużyciem. 

Black Sabbath powrócił w wielkim stylu. I choć już od dłuższego czasu zapowiadało się na reaktywację w klasycznym składzie, mało kto wie, że nie było to takie proste. Osiemnaście lat trzeba było czekać na premierową płytę zespołu, na której znów po ponad trzydziestu latach zaśpiewał Ozzy. W końcu jest. W tym miejscu warto wspomnieć o dwóch nietypowych, a zarazem niezwykle ciekawych pozycjach powstałych w międzyczasie. Mam na myśli autobiografie dwóch bodaj najważniejszych członków grupy - Ozzy’ego Osbourna oraz Tony'ego Iommiego. To w nich zawarte są wszelkie informacje na temat losów muzyków, ich karier, życia prywatnego, sukcesów i porażek. Tu dowiemy się również, co porabiał zespół przez te ostatnie osiemnaście lat. No prawie osiemnaście, gdyż Ozzy zakończył swe wspomnienia na roku 2009, a Tony na 2010. Niemniej, już wtedy istniał pomysł reaktywacji i nagrania nowej płyty. W ostatnim rozdziale Iommi pisze:  
Właściwie to napisałem już jeden, czy dwa utwory dla Sabbath, a pomysły ciągle pojawiają się w mojej głowie, ale nigdy nic nie wiadomo. Może, gdy to czytacie, siedzimy właśnie w studiu nagraniowym, albo nawet nasz album jest już w sklepach. A może znowu nic z tego nie wyszło i już nigdy nie wyjdzie? Może planujemy kolejną trasę, a może już nigdy nie wyjdziemy na scenę...”

Gdy czytałem te słowa, w Internecie dopiero co pojawiły się pierwsze promujące „trzynastkę” utwory. Wiedziałem więc, że album jest już nagrany i lada dzień będzie do kupienia. Może dlatego odniosłem wrażenie, że to nie koniec opowieści, że przede mną pozostaje jeszcze jeden rozdział, o nazwie „13”. Dopiero po nim, dojrzę słowo „koniec”. Chociaż nie, bardziej będzie pasować skrót „cdn”, bo nie wierzę, by historia Black Sabbath w tym miejscu miałaby dobiec końca.

„Iron Man. Moja podróż przez niebo i piekło z Black Sabbath" oraz „Ja, Ozzy. Autobiografia”, nie dotyczą jednak tylko ostatnich kilkunastu lat, nie należy ich też traktować jako książek typowo muzycznych. Oczywiście, muzyka jest tu wszechobecna. Autorami w końcu są legendarni muzycy, prekursorzy stylu zwanego heavy metalem. W dodatku opowiadają o swoim życiu. No właśnie, życiu, pełnym wzlotów i upadków. Pełnym zakrętów i mielizn. Tony i Ozzy nie owiją w bawełnę. Niczego nie wybielają. Otwarcie mówią o błędach. Nieraz pada też słowo przepraszam. Ich losy można przyrównać do pucybuta, któremu udaje zarobić się miliony. Lecz historia na tym się nie kończy, ona się raptem zaczyna. Imprezy, alkohol, narkotyki, wszystko zgodnie z maksymą „Sex, drugs and Rock'N'Roll”. To cud, że jeszcze są w stanie, komponować, nagrywać, koncertować. W swej autobiografii Osbourne, przytacza rozmowę z lekarzem, w trakcie której wymienia wszystkie używki jakie do tej pory zażył:
„Lekarz kiwa głową. Potem chrząka, rozluźnia krawat i mówi:
-Mam już tylko jedno, ostatnie pytanie, panie Osbourne.
-Proszę pytać.
-Dlaczego pan jeszcze żyje?


Dobre pytanie. Jak to możliwe, że ludzie po zażyciu całej tablicy Mendelejewa, plus kilku do tej pory nieodkrytych pierwiastków mają się tak dobrze? Sami tego nie wiedzą. I otwarcie o tym mówią, przestrzegając przy okazji innych przed wszelakiej maści używkami.

Rzecz jasna, nie mogło zabraknąć w obydwu autobiografiach licznych anegdot dotyczących samego zespołu. Niekiedy opowieści się uzupełniają, w innym miejscach poznajemy różne punkty widzenia na temat jakiegoś zdarzenia. Ktoś powie, że jedynie Iommi gra nieprzerwanie* od początku w Black Sabbath, więc tylko on może w pełni przedstawić jego dzieje. Zgadza się. Jednak Ozzy był przy zakładaniu grupy, to on polecił Geezer’a, w końcu uczestniczył też w nagrywaniu niemalże wszystkich jej najlepszych płyt. Ma się więc czym dzielić. Zrozumiałe jest, iż w pewnym momencie Ozzy zaczyna opisywać wydarzenia z okresu swojej solowej kariery. Nie mógł tego pominąć. W końcu poświęcił na nią połowę swego życia. Ale w ciągu tych ostatnich trzydziestu lat, drogi muzyków nierzadko się przecinały, czasem jako Black Sabbath, a czasem pod inną nazwą. Stąd tytuł niniejszej recenzji „Black Sabbath po obu stronach lustra”, czyli Black Sabbath widziany oczyma wokalisty oraz gitarzysty.

Na koniec należy wspomnieć o sposobie przedstawienia historii w książkach. Czytając opowieść Tony’ego, odniosłem wrażenie, jakby to była biografia napisana w osobie pierwszej. Główny nacisk położony został na jak najdokładniejsze przedstawienie faktów. Suchych faktów. Brakuje mi tutaj większego luzu, swobody. Całkiem inaczej rzecz ma się w przypadku Ozzy’ego. Jest to dosłownie jazda bez trzymanki. Od pierwszych stron uśmiech praktycznie nie znika z naszej twarzy. Ozzy pisze prosto, konkretnie, nie siląc się na wyszukiwanie wyrafinowanych słów. Niczego nie ukrywa, praktycznie rozbiera się przed nami, nie tracąc przy tym poczucia humoru. Ma świadomość tego, co zrobił źle, otwarcie o tym mówi, nie usprawiedliwia się, ale też nie zamierza się z tego powodu biczować.

Warto sięgnąć po obydwie autobiografie. Raz, że są to szczere spowiedzi wybitnych muzyków, dwa, że ukazują losy ludzi, którzy odnieśli wymarzony sukces, nie do końca będąc na to przygotowanym. Przy okazji poznajemy również zasady obowiązujące na rynku muzycznym. Pieniądze, jakie przez niego się przewijają. Poznajemy w końcu blaski i cienie sławy. Tony Iommi oraz Ozzy Osbourne swoje przeżyli i proszę mi wierzyć, mają dużo ciekawego do przekazania. 

„Nie zrozumcie mnie źle: bywam zły na innych, czasem nawet bardzo. Na takiego dajmy na to, Patricka Meehana, albo na prawnika, który próbował wystawić mi rachunek za piwo, albo na Boba Daisleya. Ale nie czuję do nich nienawiści i nie życzę im źle. Szkoda czasu i wysiłku, żeby się, <przekleństwo>, nienawidzić. Jaka z tego korzyść? Żadna. Nie zamierzam ubierać się w piórka archanioła Gabriela, po prostu uważam, że jeśli jesteście na kogoś wkurzeni, nazwijcie go dupkiem, zrzućcie to z siebie i się nie zatrzymujcie. Tak krótko żyjemy na tym świecie.”**

quidam

*Tony Iommi, na krótko, tuż po powstaniu Black Sabbath odszedł z zespołu, by zasilić skład innej legendy brytyjskiej sceny muzycznej Jethro Tull.
**Fragment książki „Ja, Ozzy. Autobiografia”.