czwartek, 14 lutego 2013

Gunnar Staalesen – Zimne serca

Nazwisko Staalesen zapewne niewiele powie przeciętnemu polskiemu czytelnikowi. Mimo bumu w ostatnich latach na skandynawskie kryminały, ten norweski pisarz pozostaje jakby w cieniu swych bardziej znanych kolegów. Do dziś, mimo napisania ok. 30 książek i zdobyciu paru nagród w tym za najlepszy kryminał w Norwegii (w 1975 i 2002 roku), na nasz język przetłumaczono raptem trzy z nich. Nie wiem, czy najlepsze, niemniej czytając "Zimne serca" zdałem sobie tak naprawdę sprawę, jakim bogactwem kryminalnym dysponują kraje z północnej Europy. Mankell, Nesbo, Läckberg, Sjöwall, Wahlöö... Lista ta wydaje się nie mieć końca. I ciągle rośnie.

Powieść zaczyna się można powiedzieć wręcz klasycznie. W pewien styczniowy dzień do biura prywatnego detektywa Varga Veuma przychodzi Hege, prostytutka. Zaniepokojona nagłym zniknięciem koleżanki po fachu prosi go o pomoc w jej odnalezieniu. Na pierwszy rzut oka sprawa nie wydaje się zbyt skomplikowana i tylko kwestią czasu jest jej szybkie rozwiązanie. Nic bardziej mylnego. W miarę jak Veum coraz bardziej zagłębia się w śledztwo, odkrywa, że tajemnicze znikniecie dziewczyny może mieć coś wspólnego z wydarzeniami z przed paru lat. Co tak naprawdę zdarzyło się, gdy jeszcze jako dziecko, wraz z dwójką rodzeństwa oddana została pod opiekę Komitetu Sąsiedzkiego? Przecież wszystkim zależało tylko na ich dobru. Dlaczego więc, gdy dorosła trafiła na ulicę, jej brat do więzienia, a tylko starszej siostrze udało się wyjść na prostą? Co poszło nie tak? Veum próbując znaleźć odpowiedzi na te i inne pytania musi otwierać drzwi, które nie wszyscy chcą, aby zostały otwarte, rozdrapywać stare rany, wydobywać na światło dzienne wspomnienia, które już dawno zostały zakopane głęboko w ludzkiej pamięci.

„Zimne Serca” na swój sposób jest ciężką książką. Prostytucja, czy wykorzystanie seksualne nieletnich nie są zbyt łatwymi oraz wdzięcznymi tematami. Nie wystarczy tylko pobieżnie zarysować tła, aby przekonująco opowiedzieć historię. Trzeba niestety dość szczegółowo, ze wszystkimi drobiazgami opisać środowisko, brutalność, ból, psychikę ofiary, psychikę oprawcy. Wtedy można powiedzieć o książce, że jest realistyczna. Wtedy ma się wrażenie, że to co się czyta mogło wydarzyć się naprawdę. Tylko, czy w takim przypadku możemy jeszcze mówić o kryminale? Czy zbrodnia, która de facto powinna wieść prym, nie zostaje zepchnięta na dalszy plan? Mistrzowie nordyckiego (bardziej znanego jako skandynawskiego) kryminału, do perfekcji opanowali umiejętność mieszania aspektów społecznych z przestępstwem. W ich powieściach możemy znaleźć i rozrywkę, i refleksję nad otaczającym nas światem. Nie inaczej jest w "Zimnych sercach". Wartka akcja, ciekawie zbudowana intryga sprawia, że książkę czyta się z wielką przyjemnością, a po jej zakończeniu ciężko nie przysiąść choć na chwilę w zadumie nad życiem własnym oraz bliźnich.

Ale dobra książka to nie tylko dobrze opowiedziana historia, lecz również ciekawy bohater. Varg Veum do takich z pewnością należy. Aktualnie prywatny detektyw, niegdyś pracownik opieki społecznej. Nie boi się wsadzać głowy tam, gdzie inni nie wsadziliby nawet nogi. Ryzykuje, czasem za dużo. W kontaktach z przestępcami do bólu bezczelny i prowokujący. Ironia w zasadzie go nie opuszcza. Nie jest przy tym typem rycerza w złotej zbroi, który z giwerą w ręku jest w stanie rozpętać wojnę ze wszystkim co złe. Choć obojętnie wokół zła nie przejdzie.

„Zimne serca” to bardzo dobry kryminał. Nieprzewidywalny, trzymający w napięciu. Smutny, ale jakże prawdziwy. Z jedynym tak naprawdę wygranym – prawdą. Takie kryminały najbardziej lubię. W takich się zaczytuję. Takie też polecam innym.

quidam

poniedziałek, 26 listopada 2012

Piotr Kraśko - Świat w pigułce, czyli Teksas jest większy od Francji

„- Pójdziesz do tej restauracji chłopcem, a wyjdziesz mężczyzną. Niewiele jest tak mocnych przeżyć jak to, co cię teraz czeka. Spróbujesz najlepszego dania świata, ale nie ukrywam, że zdania są podzielone. Niektórzy nawet nie zbliżą się do stołu, na którym stoi. Są tacy, którzy wezwą policję, gdy się dowiedzą, że zamierzasz podać to gościom u siebie w mieszkaniu. Uwierz mi, że nie ukryjesz tego przed nimi. Nawet jeśli tego nie zobaczą, na pewno poczują”. 
 
Tak zaczyna się jeden z rozdziałów książki „Świat w pigułce, czyli Teksas jest większy od Francji” autorstwa Piotra Kraśki. Jest to kolejna publikacja wydana po serii książek „Świat według reportera”, w której znany dziennikarz opisuje podróże, jakie odbył na różnych kontynentach i w różnych częściach świata. Wędrówka rozpoczyna się od Włoch, następnie wiedzie przez: Szwecję, Alaskę, Stany Zjednoczone, Amerykę Łacińską, Bliski Wschód i Afrykę. W niektórych miejscach dziennikarz spędził kilka lat, w niektórych z nich był krócej. We wstępie pisze: „Nauczyłem się dwóch rzeczy. Nigdy nie bądź pewny, że wiesz, co cię czeka, i że najciekawszych rzeczy dowiesz się w najmniej spodziewanym miejscu”.

W swojej książce autor zapoznaje czytelnika z kulturą i obyczajami panującymi w każdym z krajów oraz miejscami wartymi zobaczenia. Na początek przenosimy się do słonecznych Włoch. Poznajemy typową dla Włochów beztroskę i radość życia; dowiadujemy się jak wysoko cenią sobie rodzinę oraz krąg znajomych. Sympatycy serialu „Przystanek Alaska” z chęcią przeniosą się do kolejnego etapu podróży. Jest to miejsce, w którym temperatura spada do -50 stopni Celsjusza; można spotkać tam psie zaprzęgi i łosie oraz zobaczyć przepiękne zjawisko, jakim jest zorza polarna. Całość napisana jest ciekawie i z humorem. Wiadomości historyczne przeplatają się tu z sytuacjami zaczerpniętymi z życia. Publikację uzupełnia duża ilość fotografii, ukazujących piękno opisywanych miejsc i mogących stać się dla nas inspiracją do przyszłych podróży.
   
Piotr Kraśko nie unika i trudnych tematów. Opisuje trzęsienie ziemi o sile 8 stopni w skali Richtera, które nawiedziło Peru w 2007 roku; konflikty na Bliskim Wschodzie; a także problemy w Afryce. Lektura jego publikacji zapoznaje nas z sytuacjami, które do tej pory być może zbyt mało sobie uświadamialiśmy: bogactwo, stojące w opozycji do skrajnego ubóstwa; wzajemna wrogość i ataki, w których giną niewinni ludzie. Te problemy skłaniają do większej tolerancji i głębszej refleksji nad naszym życiem. 

aja

niedziela, 14 października 2012

Christopher W. Gortner - Ostatnia Królowa

Joanna Kastylijska, zwana potocznie la Loca – Szalona, nieszczęśliwa hiszpańska księżniczka, córka wielkiej Izabeli Kastylijskiej i jej małżonka Ferdynanda Aragońskiego jest jedną z najbardziej kontrowersyjnych i enigmatycznych postaci w historii Hiszpanii.

Ta żyjąca na przełomie XV/XVI wieku księżniczka, wywodząca się z prastarego kastylijskiego rodu Trastamara, po dzień dzisiejszy nie jest jednoznacznie traktowana na kartach historii.
Wielu historyków zarzuca jej obłąkanie, schizofrenię, niezdolność do racjonalnego podejmowania decyzji w kwestii państwa, uleganie emocjom i żądzom, co miało się przyczynić do przejścia Hiszpanii w ręce dynastii Habsburgów.

Z drugiej strony wielka miłość ludu hiszpańskiego do swojej królowej, legenda o nieszczęśliwie oszalałej z miłość do swojego męża Filipa Pięknego księżniczki, poświęcającej swoje dobro na rzecz męża, swoich dzieci oraz Hiszpanii.

Książka Christophera W. Gortner pt. „Ostatnia Królowa” ukazuje nam Joannę, jako niezależną, mającą swoje zdanie księżniczkę, która jest świadoma swojego pochodzenia i brzemienia, jakie na nią spadło.
Młoda beztroska dziewczyna, córka wielkich królów katolickich: Izabelli i Ferdynanda, pogromców Maurów i zdobywców Nowego Świata. Zostaje wydana za mąż za księcia Flandrii, Filipa Burgundzkiego z rodu Habsburgów, zwanego Pięknym.

Na początku zniechęcona opuszczeniem Hiszpanii młoda Joanna przybywa do Flandrii, gdzie jednakże zatraca się w miłosnym uniesieniu z Filipem. Zakochana, buduję swój nowy dom i zakłada rodzinę. Wszystko zaczyna się zmieniać, kiedy okazuje się, że Joanna po śmierci swojego rodzeństwa staje się dziedziczką tronu Kastylii i Aragonii, późniejszej zjednoczonej Hiszpanii.

Joanna i jej dzieci stają się kartą przetargową, o którą walczą jej ambitny mąż Filip, surowa matka Izabella oraz niedoceniany ojciec Ferdynand. Sielanka dobiega końca i zostajemy wraz z Joanną wplątani w sieć intryg, kłamstw oraz wielkiej polityki. Widzimy powolne przejście bohaterki w stadium osamotnienia i szaleństwa, którego zwieńczeniem jest podróżowanie Joanny wraz z trumną zmarłego Filipa po rubieżach Kastylii, a ostatecznie - uwięzienie jej w ponurym zamku w Tordesillas.

Książka Christophera W. Gortnera jest adresowana nie tylko do wielbicieli powieści historycznych, znajdziemy w niej również intrygę, kryminał, czy też dramat psychologiczny. Jest to również książka o miłości, szaleńczego, pełenego pasji uczucia do męża, dumy i przywiązania do swojej rodziny oraz miłości do ojczyzny.
Polecam

Ps. Jeśli będziecie na południu Hiszpanii w Granadzie, to zajrzyjcie do Katedry na chwilę zadumy przy Joannie.

Siciliano

czwartek, 30 sierpnia 2012

Bram Stoker - Dracula

Młody, obiecujący prawnik Jonathan Harker wyrusza do Transylwanii, aby dopełnić ostatnich formalności związanych z kupnem przez hrabiego Draculę posiadłości w Londynie. Zachwycony gościnnością hrabiego bagatelizuje z początku nienaturalne wydarzenia, jakie mają miejsce wokół niego. Z czasem jednak zaczyna dostrzegać coraz to dziwniejsze zachowanie gospodarza, a początkowa sympatia przeradza się w strach przed nim. Odkrywając mroczne sekrety Draculi uświadamia sobie, że tak naprawdę cały czas był jego więźniem i niewiele wskazuje, aby miał z tej kabały wyjść cało. Mimo to postanawia uciec. Szczęśliwie dociera do Budapesztu, gdzie w tamtejszym szpitalu powoli dochodzi do siebie po traumatycznych wydarzeniach, związanych z pobytem i ucieczką z Transylwanii. W tym samym czasie hrabia Dracula, będąc już w Anglii, rozpoczyna w najlepsze swoją krwawą działalność.

Sięgając po „Draculę” byłem ciekaw, czy, a jeśli tak to jak bardzo zestarzała się ta książka. W końcu od jej napisania minęło już ponad sto lat. To dużo, zważając jak bardzo zmieniała się literatura w ostatnich dziesięcioleciach pod względem językowym, stylistycznym, czy światopoglądowym. Czy najsłynniejszy na świecie wampir jest jeszcze w stanie skutecznie przerazić współczesnego czytelnika? Rywalizować o palmę pierwszeństwa pod względem popularności, ze swoimi młodszymi pobratymcami, choćby z tymi z sagi „Zmierzch”? A może jego czas już przeminął, a w naszej świadomości istnieje jedynie jako patron, ojciec chrzestny dzisiejszych wampirów?

Na początku muszę zaznaczyć, iż moim zamierzeniem nie była chęć zdyskredytowania dzieła Stokera. Nie miałem zamiaru również przed nikim stawiać, a tym bardziej udowadniać tezy o zestarzeniu się „Draculi”. Interesowało mnie tylko, czy przeciętnemu miłośnikowi fantastyki, za jakiego się uważam, książka przypadnie do gustu. Czy świat wykreowany w powieści zaintryguje mnie, czy okaże się lekko naiwny. Jednym słowem chciałem poznać losy legendarnego księcia ciemności i skonfrontować jego wizerunek z moimi wyobrażeniami na temat wampirów.

„Dracula” jest powieścią epistolarną, co oznacza, że cała historia została przedstawiona w formie chronologicznie ułożonych fragmentów z pamiętników oraz z listów wysyłanych do siebie nawzajem przez bohaterów. Niekiedy akcja dodatkowo uzupełniana jest artykułami z lokalnej gazety. Niezależnie jednak od autora danej notatki, otrzymujemy szczegółowy zapis wydarzeń, poznajemy myśli bohaterów. Także same notatki wiele mówią o osobach je sporządzających. W jakim danym momencie były nastroju, czy pisały pod presją czasu. Jedynie zamiary i myśli Draculi są nam nieznane. Potęguje to tylko atmosferę grozy. Nie wiemy kiedy hrabia zaatakuje, ani kogo wybierze na swoją ofiarę. Pojawia się i znika. Jest postacią, która cały czas istnieje w naszej podświadomości, i która non stop krąży wokół nas.

To co najbardziej spodobało mi się w „Draculi” to bez wątpienia mroczny klimat. Od samego początku czuć, że to książka grozy. Jest coś niepokojącego w piórze Stokera. Na tym tle wspaniale prezentuje się tytułowy bohater. Prawdziwy, z krwi i kości wampir. Wysokie czoło, czerwone usta, blada skóra, no i przede wszystkim długie kły, stały się nieodzownym atrybutem każdego wampira. Z pozoru uprzejmy, szarmancki, w rzeczywistości podstępny, fałszywy oraz pozbawiony uczuć zabójca. Ideał zła. Nie dziwi więc sława, jaką zyskał i którą nieprzerwanie cieszy się od tylu lat. Nieco inaczej wygląda sytuacja w przypadku pozostałych bohaterów. Niby każdy z osobna posiada indywidualne cechy, jednak ich konstrukcja oparta została na tym samym schemacie. Mężczyźni to prawdziwi dżentelmeni, honorowi, szlachetni, z kolei kobiety zawsze piękne, zaradne, gotowe do poświęceń. No i wszyscy skorzy są do zaprzyjaźniania, wystarczy tylko jedno dobre słowo, drobny gest. Wiem, że taka postawa charakterystyczna była dla epoki, w której żył autor, jednak dziś wygląda to bardzo sztucznie. Czasem wręcz żałośnie. Niemniej, jeżeli przymkniemy oczy na konwenanse bohaterów, otrzymamy niezwykle interesującą, trzymającą w napięciu książkę. Książkę, w której strach kreuje się poprzez nastrój, a nie hektolitry krwi i wyprute flaki. Warto po nią sięgnąć, choćby ze względu na Draculę. Dla miłośników wampirów, pozycja obowiązkowa, dla pozostałych czytelników literatura mocno polecana.

quidam

poniedziałek, 9 lipca 2012

Barbara Demick - Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej

Ucieczki z Korei Północnej rzadko się zdarzały. Reżim robił wszystko, by je uniemożliwić. Obywatelom  Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej nigdy nie towarzyszyły w podróżach służbowych żony i dzieci. Rodzina stawała się zakładnikiem. Uciekinierzy musieli żyć ze świadomością, że najbliżsi zapłacili dożywotnim zesłaniem do obozu pracy.

Tym, którym się udało uciec też nie było łatwo. Ludziom z Północy, którzy zarabiali dolara miesięcznie trudno jest przystosować się do życia w Korei Południowej, będącej jedenastą pod względem wielkości gospodarką świata. Przez sześćdziesiąt lat podziału Półwyspu Koreańskiego między mieszkańcami obydwu krajów powstały głębokie różnice. Podczas gdy większość mieszkańców KRL-D nie wie o istnieniu internetu, u południowego sąsiada odsetek gospodarstw z szerokopasmowym dostępem do sieci jest wyższy niż w Stanach Zjednoczonych, Japonii i Europie. Korea Północna pod względem kulturowym i gospodarczym nie zmieniała się od półwiecza. Nawet w wyglądzie zewnętrznym mieszkańców dwóch Korei są różnice. Przeciętny nastolatek z Południa jest o kilkanaście centymetrów wyższy od niedożywionego rówieśnika z Północy.

Barbara Demick jest dziennikarką, pracowała jako korespondentka w Seulu. Po wielu staraniach została wpuszczona do Korei Północnej i przekonała się, że poznawanie kraju na miejscu jest niemożliwe. Przydzielono jej „przewodnika”, który udaremniał wszelkie spotkania niezatwierdzone w narzuconym z góry programie wizyty, ograniczonym do zwiedzania pokazowych miejsc. Prawdziwy obraz Północy wyłonił się po siedmiu latach dzięki rozmówcom, którzy uciekli z Korei Północnej do Południowej.

Bohaterzy książki to: Mi-ran i Jun-sang, nastolatki. W Korei Północnej nie ma kultury randek. Małżeństwa najczęściej są aranżowane przez rodzinę lub sekretarzy partyjnych, a parom nie wolno publicznie okazywać swoich uczuć, nie uchodzi nawet trzymanie się za ręce. Dlatego młodzieńcza miłość pary nastolatków jest niezwykła.

Pani Song  – matka czwórki dzieci, żarliwa komunistka i wzorowa obywatelka, która podstępem została sprowadzona przez córkę do Chin, a potem do Korei Południowej.

Pełna poświęcenia doktor Kim. Od lekarzy Korei Północnej wymaga się bezinteresownej ofiarności - oddają krew, pobiera się od nich kawałki skóry, wykorzystywane do przeszczepów, wszyscy muszą zbierać w górach rośliny lecznicze.

„Zbłąkana jaskółka”, czyli bezdomny chłopiec, sierota Kim Hyuck, który gdy wyszedł z obozu pracy był tak osłabiony z niedożywienia, że bez odpoczynku z trudem mógł przejść sto metrów.

Oak-hee, córka pani Song, jako jedyna nie podzielała powszechnej miłości do Kim Ir Sena. Po jego śmierci nie udawała, że płacze.

Większość bohaterów książki w najśmielszych marzeniach nie wyobrażała sobie, że mogłaby wyjechać z Korei Północnej. Wszyscy uważali, że nie ma lepszego kraju niż KRL-D. To stanowisko nie zweryfikował nawet chaotyczny czas po śmierci Kim Ir Sena, gdy do władzy doszedł jego syn Kim Dzongil, a w kraju zapanował głód, w wyniku którego zginęła jedna piąta mieszkańców.

Korea Północna to najbardziej tajemniczy i najmniej opisany kraj świata. Książka B. Demick odtwarza losy sześciorga uciekinierów umiejętnie splatając z historią kraju pogrążającego się w chaosie. Czyta się świetnie. Polecam.


Hanka

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Henning Mankell – Nim nadejdzie mróz


 Gdy w mojej głowie przebrzmiały ostatnie słowa „Niespokojnego człowieka”, książki kończącej cykl o losach komisarza Kurta Wallandera poczułem pustkę.  Pustkę, że o to już nigdy więcej nie spotkam się z moim ulubionym bohaterem. Że przygoda, którą wspólnie przed chwilą przeżywaliśmy, była naszą ostatnią na tym padole zła, przemocy, tragedii i ludzkich łez.  Kurt odszedł na emeryturę. Oddał odznakę, zdał broń i teraz siedzi na werandzie swego domu, patrząc jak świat w szaleńczym tempie wiruje wokół niego, a on… a on może w końcu przystanąć, by w spokoju odpowiedzieć sobie na nurtujące go od wielu lat pytanie – dokąd zmierza współczesna Szwecja? 

Każda seria, choćby nie wiem jak wspaniała musi, kiedyś się skończyć. Brak pomysłów, zmęczenie materiałem, śmierć twórcy, nowe wyzwania, powodów jest wiele, efekt na ogół ten sam, rzesze zrozpaczonych fanów. Wydawnictwo W.A.B., odpowiedzialne za dystrybucją książek Mankella w Polsce, jakby od dłuższego czasu przygotowywało się na taki obrót sprawy. Nie jest wszak tajemnicą, iż oprócz właściwego cyklu powstało jeszcze parę innych pozycji, w których komisarz odgrywał, jeżeli nie główną, to z pewnością ważną rolę. Przykładem może być powieść „Nim nadejdzie mróz”. 
 „Nim nadejdzie mróz” stanowi w pewnym sensie kontynuację drobnego wątku, jaki został zarysowany pod koniec „Zapory”, jednej z części cyklu. Dotyczy on Lindy, córki Wallandera, która w czasie wspólnego spaceru zwierza się ojcu ze swoich planów wstąpienia do policji:

-Wspominałeś, że ostatnio byłam tajemnicza – zaczęła. – I pytałeś, czym się zajmuję. Nie chciałam ci mówić, dopóki się nie zdecydowałam.
- Co chciałaś mi powiedzieć?
- Mam zamiar zostać policjantką. Zdawałam do Wyższej Szkoły Policyjnej.  Myślę, że się dostanę.
Wallander nie wierzył własnym uszom.
-Czy to prawa?
-Tak.*

Koniec lata 2001 roku. Ukończywszy szkołę policyjną, Linda wraca do rodzinnego Ystad, gdzie za niedługi czas rozpocząć ma pracę w tamtejszym komisariacie. Nie mogąc doczekać się dnia, kiedy po raz pierwszy założy mundur, postanawia odnowić stare znajomości. Gdy pewnego dnia, jedna z jej koleżanek znika w tajemniczych okolicznościach, rozpoczyna na własną rękę śledztwo mające na celu odnalezienie zaginionej. W między czasie, policja zostaje anonimowo powiadomiona o płonących łabędziach nad jednym z jezior, a w pobliskich lasach w brutalny sposób zostaje zamordowana starsza kobieta. Na pierwszy rzut oka wszystkie te wydarzenia nie mają ze sobą nic wspólnego. Wallander próbując złapać zabójcę kobiety początkowo, więc lekceważy teorię córki, jakoby te sprawy coś łączyło. Podążając każdy z osobna własnymi ścieżkami odkrywają coraz to nowsze fakty przekonując się, że to raptem preludium, wierzchołek góry lodowej czegoś, czego w ogóle się nie spodziewali. Czy uda im się zapobiec większej tragedii, jaką zaplanował przywódca tajemniczej sekty? Zresztą, kim jest ten człowiek? Gdzie go szukać? I najważniejsze, co tak naprawdę planuje?

W swoich książkach kryminalnych Henning Mankell kładzie zawsze nacisk na dwa elementy, to jest złożoność śledztwa oraz otaczające je tło społeczne. Nie inaczej jest też w powieści „Nim nadejdzie mróz”. Śledztwo, czy też w tym przypadku śledztwa prowadzone są przez bohaterów w bardzo skrupulatny sposób, mozolnie zbierają dowody, sprawdzają każdy, najmniejszy trop, przyglądają się po kilka razy wszystkim śladom, robią wszystko, aby tylko przybliżyć się do rozwiązania. Nie brakuje przy tym spięć, kłótni, wzajemnych oskarżeń. Jak to w rodzinie, ktoś powie. Jednak większość fanów komisarza będzie przecierać oczy ze zdziwienia czytając, że ten na ogół sympatyczny facet w jednej chwili potrafi stracić panowanie nad sobą, że nie znosi sprzeciwu, że tak naprawdę u najbliższych wywołuje strach. Mankell tym razem o wiele więcej miejsca poświęcił na opisy panujących relacji pomiędzy ojcem,a córką. O tym, jaki Kurt jest prywatnie dowiadujemy się z licznych przemyśleń oraz wspomnień Lindy. I muszę przyznać, obraz komisarza, jaki w nich jest kreowany raczej nie wpływa korzystnie na jego wizerunek. Zresztą czuć, iż motyw miłości rodzica do dziecka i toksyczność, jaka może z niej wynikać dominuje w tej książce. I nie chodzi tylko o relacje między głównymi bohaterami, gdyż problem ten sięga o wiele dalej. Obejmuje w znacznym stopniu postacie dalszego planu. 

Na podstawie książki „Nim nadejdzie mróz” powstał pierwszy odcinek, o tym samym tytule, szwedzkiego serialu zatytułowanego „Wallander”. Serialu moim zdaniem świetnego, oddającego rewelacyjnie klimat prozy Mankella. Z innych ciekawostek, o jakich należy wspomnieć, to pojawienie się Stefana Lindmana, bohatera znanego z powieści „Powrót nauczyciela tańca”. Jako nowy kolega z pracy, dzielnie wspiera wysiłki komisarza w schwytaniu mordercy. Wpada też w oko Lindzie…
Miłośnikom twórczości Mankella, „Nim nadejdzie mróz” powinien przypaść do gustu. Fakt, że pierwsze skrzypce gra tutaj córka Kurta, nie przeszkadza. Komisarza i tak jest tu dużo.  Przeciwnicy, z kolei znów będą mogli przyrównywać akcję do ciągnących się w nieskończoność flaków z olejem. Mnie, jako osoby przynależącej do tej pierwszej grupy, książka nie zawiodła – piątka.

* Fragment pochodzi z książki „Zapora”, przeł. Irena Kowadło-Przedmojska. - Warszawa : Wydawnictwo W.A.B., 2008

quidam

czwartek, 5 kwietnia 2012

Jo Nesbø – Pentagram (Trylogia z Oslo, akt III)


Okres urlopowy dla jednych bywa wybawieniem, dla innych prawdziwym przekleństwem. Jednym pozwala stanąć na nogi, innym przysporzyć tylko kłopotów. Na pewno coś o tym może powiedzieć naczelnik wydziału policji w Oslo, gdy z powodu licznej absencji swoich podwładnych do sprawy brutalnego zabójstwa młodej kobiety przydzielić musi dwóch swych najlepszych, a zarazem nienawidzących siebie nawzajem ludzi.
Komisarz Harry Hole od samego początku przejawia brak zainteresowania śledztwem. Załamany niepowodzeniem schwytania winnego śmierci jego byłej partnerki, prawie cały swój czas poświęca jedynej czynności, piciu. Alkohol zawsze był dla niego ucieczką od rzeczywistości. Kołem ratunkowym w chwilach osobistych upadków, niepowodzeń. Potrzebą stoczenia się na samo dno, by móc się odbić, na nowo narodzić, być niczym feniks, który zawsze odradza się z popiołów. Ale nie tym razem. Coś cienkiego, niewidocznego pękło. Pewna nieprzekraczalna granica została przekroczona. Harry zamiast odbić się od dna, wręcz przystaje, a nawet zaczyna kopać głębiej. Tego przełożeni znieść już nie mogą. Sporządzają odpowiednie pismo z wypowiedzeniem, które musi tylko podpisać naczelnik Biura Kryminalnego, lecz ten jest aktualnie na kilkutygodniowym urlopie...
Nie wiem, czy zwolnienie z pracy, czy jakiś wewnętrzny głos sprawia, że komisarz postanawia wziąć się w garść i ostatnie dni w robocie uczciwie przepracować. Prawie uczciwie. Ciągle odmawia zajmowania się sprawą zamordowanej kobiety. Woli odnaleźć porwaną z przed domu utalentowaną piosenkarkę, szykującą się do zagrania głównej roli w letnim musicalu. Pech chce, iż obie te sprawy bardzo szybko skrzyżują się ze sobą, a w międzyczasie dojdzie do kolejnych zbrodni. Czy na ulicach Oslo po raz pierwszy od niepamiętnych czasów grasuje seryjny morderca? Dowody na to mocno wskazują. Rozpoczyna się pościg za nieuchwytnym Kurierem śmierci.
Ostatnia część „Trylogii z Oslo” praktycznie niczym nie zaskakuje. Nesbø ciągle trzyma bardzo wysoki poziom, jeśli chodzi o konstruowanie intrygi kryminalnej. Gdzieniegdzie spotkać można się w prawdzie z zarzutem, braku w tej książce spektakularnego schwytania/ukarania Księcia, winnego śmierci partnerki komisarza -gdyż w końcu Harry osiąga swój cel i rozwiązuje sprawę, która od dłuższego czasu nie dawała mu spokoju, i która tak naprawdę przysporzyła mu więcej problemów, niż korzyści. Jednak mi osobiście rozwiązanie zaproponowane przez autora nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie uznaję to za duży plus, że potrafił powstrzymać się przed wysadzeniem w powietrze połowy miasta, zabiciem setki typów z spod ciemnej gwiazdy, a wszystko to w imię sprawiedliwości. Jednym słowem Nesbø postawił na naturalność, niż na tanią sensację rodem z hollywoodzkich filmów. Nieco inaczej wygląda sytuacja ze złapaniem Kuriera śmierci. Sama budowa fabuły począwszy od pierwszego zabójstwa, a skończywszy na motywach działania mordercy nie może budzić najmniejszych zastrzeżeń. Dla mnie „Pentagram”, jeśli chodzi o sam pomysł na zbrodnię i jego realizację, jest najlepszą książką z całej trylogii. Ale… No właśnie, jest jedno ale. Dotyczy ono rozmowy komisarza z przestępcą chwilę po jego zdemaskowaniu. W pewnym momencie wyciąga on pistolet w kierunku Harrego  i… I dzieją się rzeczy, których nie rozumiem. To znaczy, czytelnik zostaje zmuszony przez pisarza o dopowiedzenie sobie, co też mogło się wydarzyć podczas tego spotkania. Z tym akurat problemu nie ma, jednak, albo z moją wyobraźnią jest coś nie tak, albo czegoś nie potrafiłem dostrzec, gdyż kiedy tworzyłem logiczny ciąg zdarzeń, postępowanie bohaterów w nim było wręcz irracjonalne. Odniosłem wrażenie, jakby autor zabrnął w ślepą uliczkę i zamiast się cofnąć, postanowił improwizować. Szkoda, bo przez ten drobny zgrzyt tworzy się niepotrzebna rysa na powieści, mogąca u niektórych rodzić poczucie rozczarowania. I dlatego książce daję zamiast piątki, cztery i pół.

quidam