„Padłeś? Powstań!” krzyczała z odbiorników pewna reklama telewizyjna. Było to ponad pięć lat temu. Dziś Ania Witowska w podobnym tonie zdaje się krzyczeć każdą stroną swojej książki bo – jak pisze autorka –– „tkwi w Tobie siła, aby spróbować ponownie stanąć na nogi i zawalczyć o siebie”. Przekaz jest tożsamy. „To, czego chcesz, jest możliwe!” – czytamy na odwrocie.
Dlaczego sięgnęłam po „Babskie fanaberie”? W ostatnim czasie wychodzi coraz więcej prawie-psychologicznych książek, mniej lub bardziej ambitnych pozycji poradnikowych, „coachingowych” (jak to modnie się teraz ujmuje), które odkrywają (bądź starają się odkrywać) przed nami złudne mechanizmy umysłu – a wszystko po to, byśmy już bardziej świadomi i bardziej spełnieni mogli kroczyć przez życie z dumnie podniesionym czołem. Czy taka właśnie jest książka Ani Witowskiej? Na pewno do tego aspiruje, więc uznałam, że warto się z nią zapoznać. Kto by nie chciał podnieść wysoko czoła i idąc, nie musieć więcej patrzeć pod nogi?
„Babskie fanaberie” nasycone są dobrymi radami, wskazówkami, nawet ćwiczeniami, które mają wesprzeć nas na drodze „zmiany”. Nie brakuje tu także subiektywnego punktu widzenia autorki, która powoli przybliża nam własną drogę doświadczeń. Pożerając kolejne strony, natrafiamy na masę anegdot, historii zaczerpniętych z życia, ogrom ujmujących metafor i pięknych grafik, które naprawdę czarująco dopełniają treści. Wszystko to sprawia, że banały, które nieraz podsuwa nam autorka, wydają się zdecydowanie łatwiej przyswajalne – a powiedzmy sobie szczerze, bardzo trudno przyswaja się banały. Słysząc daną prawdę po raz setny i po raz setny wpuszczając ją jednym uchem, wypuszczając drugim, uśmiechając się kpiąco pod nosem, trudno wyciągnąć z niej jakiś przekaz. Ania Witowska często bardzo trafnie celuje swoją intencją, dzięki czemu łatwo przychodzi „wysłuchanie” jej, a krótkie formy zdają się zdecydowanie temu sprzyjać.
„Przysiadłam na piachu i zaczęłam przyglądać się falom” – pisze Witowska – „Przypływ. Odpływ. Przypływ. Odpływ. Logiczne, prawda? Naturalny rytm. Aby kolejna fala mogła przypłynąć, poprzednia musi odpłynąć. Analogicznie: aby otworzyć drzwi, trzeba je najpierw zamknąć; aby napełnić szklankę trzeba ją najpierw opróżnić”. Prościzna.
Myślę, że to pozycja bardzo przystępna. Przypuszczam, że osoby, które miały już do czynienia z podobnymi „uświadamiającymi” książkami podejdą do niej raczej z należytym dystansem, nie próbując palić autorki na stosie za „oczywiste oczywistości”. Osoby poszukujące, które wciąż czują, że z ich życiem jest coś nie tak, ale bardzo chciałyby to zmienić... kto wie, może to jest książka dla Was. Nie zrażajcie się zbytnio – to naprawdę przyjemna lektura, podana w estetyczny, lekki sposób, którą można czytać spokojnie, na raty lub połykając na raz, posiłkując się pożądaną dawką motywacji. Nie wiem, czy ostatecznie pomoże, ale na pewno nie zaszkodzi. A przyjemność estetyczna zostaje. Mnie została.
Joanna
poniedziałek, 25 stycznia 2016
piątek, 8 stycznia 2016
Remigiusz Mróz - Zaginięcie
Nic dobrego nie może wróżyć nagły telefon od znajomego, niewidzianego od wielu lat. Zwłaszcza, jeżeli dzwoni późną nocą. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem w takiej sytuacji wydaje się szybkie zakończenie rozmowy i wyłączenie telefonu. Joanna Chyłka tak jednak nie czyni. Nie dość, że wysłuchuje drugą stronę do końca, to na dodatek godzi się zostać jej obrońcą.
Pewnej nocy ze swego pokoju znika kilkuletnia dziewczynka. Podejrzenie pada na jej rodziców. Chyłka wraz z aplikantem Kordianem Oryńskim przez kolegów zwanym Zordoniem robią wszystko, by udowodnić niewinność swych klientów. Zadanie nie należy do prostych, gdyż wszelkie dowody tylko potwierdzają winę podejrzanych. Sprawny alarm, żadnych śladów włamania, w dodatku świadek, który zapewne widział w ciemnościach ojca jak w towarzystwie córki idzie gdzieś wzdłuż jeziora. Czy Szlezyngierowie faktycznie zabili swoje dziecko? Wgryzając się coraz głębiej w sprawę, obrońcy natrafiają na coraz więcej znaków zapytania, a to co na pierwszy rzut oka wydawało się proste i oczywiste, takie faktyczne nie jest. Jedynie wina Szlezyngierów niezmiennie zadaje się być poza wszelkimi wątpliwościami.
Podoba mi się podejście Chyłki. Nieważna prawda, byle wygrać. Klient może być sprawcą najcięższych zbrodni, a ona i tak stanie na głowie by przedstawić go w jak najlepszym świetle. Teraz rozumiem, dlaczego adwokaci przed kamerami opowiadają przeróżne farmazony byle tylko przestępcę wybielić. I nie ma najmniejszego znaczenia, że to co mówią jest sprzeczne z ich poglądami prywatnymi, bronią i robią to najlepiej jak potrafią, ponieważ taka jest ich praca. Dlatego jeżeli słyszę „mój klient został niesłusznie skazany” albo „sędziowie popełnili błąd” nie zmieniam nerwowo kanału, nie złorzeczę autorowi tych słów, po prostu się uśmiecham, gdyż zdaję sobie sprawę, iż jestem w tym momencie świadkiem pewnej gry, a występujący przede mną „aktor” nie może wypowiedzieć innej kwestii.
Remigiusz Mróz, mimo młodego wieku (rocznik 1987) może się pochwalić już całkiem sporym dorobkiem literackim. Do tej pory napisał siedem dobrze przyjętych wśród czytelników książek, a na 13 stycznia przewidziano wydanie kolejnych dwóch*. Co ciekawe w swej twórczości nie pozostaje wierny tylko jednemu gatunkowi literackiemu. Na swym koncie ma powieści kryminalne, historyczno-przygodowe i science fiction. „Zaginięcie” należy do tej pierwszej grupy, stanowi ono również kontynuację cyklu, w którym bohaterami są Joanna Chyłka i Kordian Oryński.
Czytając „Zaginięcie” z początku przeszkadzały mi dwie rzeczy, lakoniczność opisów oraz osobowość Chyłki. W pierwszym przypadku niby wiemy, gdzie akcja się rozgrywa, ale równie dobrze mogłoby to być dowolne miejsce na świecie. Podobnie sprawa wygląda z przedstawianiem budynków, przedmiotów czy postaci. Żadnych charakterystycznych cech, same ogólniki. Nad tym autor musi stanowczo popracować. Co do charakteru bohaterki, zapewne Mrozowi zależało, aby Joanna była osobą kąśliwą, pewną siebie, lubiącą ironizować, niestety wyszedł mu najprawdziwszy cham. Cham, o zgrozo, którego wszyscy tolerują. Na szczęście z każdą następną stroną coraz rzadziej zwracałem uwagę na te elementy i z największą przyjemnością śledziłem kolejne kroki bohaterów. Sama Chyłka z czasem jakby też „spuściła lekko z tonu”, a może po prostu ją polubiłem.
Kto jeszcze nie miał styczności z książkami Mroza i na razie nie planuje po nie sięgać, powinien przynajmniej zapamiętać jego nazwisko. Jestem przekonany, iż w przyszłości dużo namiesza w polskiej literaturze kryminalnej. Ja tymczasem z niecierpliwością czekam na następne spotkanie z Joanną i Kordianem.
quidam
*Informacje pobrane z portalu lubimyczytać.pl
Pewnej nocy ze swego pokoju znika kilkuletnia dziewczynka. Podejrzenie pada na jej rodziców. Chyłka wraz z aplikantem Kordianem Oryńskim przez kolegów zwanym Zordoniem robią wszystko, by udowodnić niewinność swych klientów. Zadanie nie należy do prostych, gdyż wszelkie dowody tylko potwierdzają winę podejrzanych. Sprawny alarm, żadnych śladów włamania, w dodatku świadek, który zapewne widział w ciemnościach ojca jak w towarzystwie córki idzie gdzieś wzdłuż jeziora. Czy Szlezyngierowie faktycznie zabili swoje dziecko? Wgryzając się coraz głębiej w sprawę, obrońcy natrafiają na coraz więcej znaków zapytania, a to co na pierwszy rzut oka wydawało się proste i oczywiste, takie faktyczne nie jest. Jedynie wina Szlezyngierów niezmiennie zadaje się być poza wszelkimi wątpliwościami.
Podoba mi się podejście Chyłki. Nieważna prawda, byle wygrać. Klient może być sprawcą najcięższych zbrodni, a ona i tak stanie na głowie by przedstawić go w jak najlepszym świetle. Teraz rozumiem, dlaczego adwokaci przed kamerami opowiadają przeróżne farmazony byle tylko przestępcę wybielić. I nie ma najmniejszego znaczenia, że to co mówią jest sprzeczne z ich poglądami prywatnymi, bronią i robią to najlepiej jak potrafią, ponieważ taka jest ich praca. Dlatego jeżeli słyszę „mój klient został niesłusznie skazany” albo „sędziowie popełnili błąd” nie zmieniam nerwowo kanału, nie złorzeczę autorowi tych słów, po prostu się uśmiecham, gdyż zdaję sobie sprawę, iż jestem w tym momencie świadkiem pewnej gry, a występujący przede mną „aktor” nie może wypowiedzieć innej kwestii.
Remigiusz Mróz, mimo młodego wieku (rocznik 1987) może się pochwalić już całkiem sporym dorobkiem literackim. Do tej pory napisał siedem dobrze przyjętych wśród czytelników książek, a na 13 stycznia przewidziano wydanie kolejnych dwóch*. Co ciekawe w swej twórczości nie pozostaje wierny tylko jednemu gatunkowi literackiemu. Na swym koncie ma powieści kryminalne, historyczno-przygodowe i science fiction. „Zaginięcie” należy do tej pierwszej grupy, stanowi ono również kontynuację cyklu, w którym bohaterami są Joanna Chyłka i Kordian Oryński.
Czytając „Zaginięcie” z początku przeszkadzały mi dwie rzeczy, lakoniczność opisów oraz osobowość Chyłki. W pierwszym przypadku niby wiemy, gdzie akcja się rozgrywa, ale równie dobrze mogłoby to być dowolne miejsce na świecie. Podobnie sprawa wygląda z przedstawianiem budynków, przedmiotów czy postaci. Żadnych charakterystycznych cech, same ogólniki. Nad tym autor musi stanowczo popracować. Co do charakteru bohaterki, zapewne Mrozowi zależało, aby Joanna była osobą kąśliwą, pewną siebie, lubiącą ironizować, niestety wyszedł mu najprawdziwszy cham. Cham, o zgrozo, którego wszyscy tolerują. Na szczęście z każdą następną stroną coraz rzadziej zwracałem uwagę na te elementy i z największą przyjemnością śledziłem kolejne kroki bohaterów. Sama Chyłka z czasem jakby też „spuściła lekko z tonu”, a może po prostu ją polubiłem.
Kto jeszcze nie miał styczności z książkami Mroza i na razie nie planuje po nie sięgać, powinien przynajmniej zapamiętać jego nazwisko. Jestem przekonany, iż w przyszłości dużo namiesza w polskiej literaturze kryminalnej. Ja tymczasem z niecierpliwością czekam na następne spotkanie z Joanną i Kordianem.
quidam
*Informacje pobrane z portalu lubimyczytać.pl
środa, 9 grudnia 2015
Krystyna Janda – Moja droga B,
Cudownie ciepła, cudownie ludzka, cudownie mądra. Uwielbiam Krystynę Jandę, a ta niepozorna książeczka, licząca niecałe dwieście stron, bardzo pięknie niesie ją w sobie. Chcę o niej opowiedzieć, ponieważ "Moja droga B," nieustannie mnie porusza. Prostotą, szczerością, sympatią do świata. I choć od dawna już nie stoi na półce wśród lśniących nowości, jest czymś, do czego warto wracać.
"Moja droga B." to zbiór felietonów zapisanych w formie listów, poprzez które poznajemy Jandę nie jako aktorkę i artystkę, ale właśnie jako matkę, żonę – jedną z nas. Już na pierwszej stronie otwiera się przed nami obraz ciepłej wrażliwej osoby z dystansem do siebie, obraz kobiety z własnymi bolączkami, własnymi zachwytami i potknięciami. Krystyna Janda w uroczy i dowcipny sposób odkrywa przed czytelnikami swoje życie, bogate w sukcesy, ale też w niedoskonałości i błędy. Relacjonuje zdarzenia, ubierając je we własne myśli – niekiedy zaskakująco szlachetne, najczęściej jednak zwyczajne, niemal przejmująco nudne.
Jest artystką. Tego nie da się jej odmówić. O wielu rzeczach potrafi mówić pięknie, nieważne czy chodzi o przypadkowo napotkanego pijanego rowerzystę, małżeństwo z sąsiedniego balkonu w Toskanii czy o wspomnienia, których tu tak wiele. Jest wnikliwą obserwatorką i estetką (także językową). Nie lubi zapożyczeń i "krwistych" steków; „legginsy" tłumaczy jako "rajstopy”, a steki woli określać stopniem wysmażenia, nie zawartością płynów. Lubi spacery. I siebie.
Walczy ze swoimi słabościami jak każdy, ale nie każdy ma odwagę, by o tym mówić czy nawet przyznawać się przed samym sobą. Krystyna Janda pisze o nich otwarcie. Jej wrażliwość nie pozwala pozostać obojętną na trudny los zwierząt, a jednocześnie przyznaje się do zachwytu nad dywanikiem (jak się okazuje ze spaniela) czy szczerą sympatią do potraw mięsnych. Jest w tym samym miejscu, w którym znajduje się wielu ludzi, którzy jednocześnie chcieliby zjeść kurczaka i nakarmić kurczaka.
"Moja droga B," pełna jest podobnych dylematów i rozterek, a zakres tematyczny zdaje się nie mieć końca. To strumień niekończących się myśli. Ta książka była moją pierwszą zwartą pozycją, na którą trafiłam w okresie swojej fascynacji osobą pani Jandy. I to był dobry wybór. Mogłam ją sobie dawkować tygodniami i nigdy nie mieć dość. Myślę, że to pozycja odpowiednia nie tylko dla fanów aktorki – wręcz przeciwnie. Warto do niej zajrzeć, tym bardziej, im bardziej ukształtowaną opinię na jej temat się już posiada. Warto burzyć własne wyobrażenia.
Joanna
"Moja droga B." to zbiór felietonów zapisanych w formie listów, poprzez które poznajemy Jandę nie jako aktorkę i artystkę, ale właśnie jako matkę, żonę – jedną z nas. Już na pierwszej stronie otwiera się przed nami obraz ciepłej wrażliwej osoby z dystansem do siebie, obraz kobiety z własnymi bolączkami, własnymi zachwytami i potknięciami. Krystyna Janda w uroczy i dowcipny sposób odkrywa przed czytelnikami swoje życie, bogate w sukcesy, ale też w niedoskonałości i błędy. Relacjonuje zdarzenia, ubierając je we własne myśli – niekiedy zaskakująco szlachetne, najczęściej jednak zwyczajne, niemal przejmująco nudne.
Jest artystką. Tego nie da się jej odmówić. O wielu rzeczach potrafi mówić pięknie, nieważne czy chodzi o przypadkowo napotkanego pijanego rowerzystę, małżeństwo z sąsiedniego balkonu w Toskanii czy o wspomnienia, których tu tak wiele. Jest wnikliwą obserwatorką i estetką (także językową). Nie lubi zapożyczeń i "krwistych" steków; „legginsy" tłumaczy jako "rajstopy”, a steki woli określać stopniem wysmażenia, nie zawartością płynów. Lubi spacery. I siebie.
Walczy ze swoimi słabościami jak każdy, ale nie każdy ma odwagę, by o tym mówić czy nawet przyznawać się przed samym sobą. Krystyna Janda pisze o nich otwarcie. Jej wrażliwość nie pozwala pozostać obojętną na trudny los zwierząt, a jednocześnie przyznaje się do zachwytu nad dywanikiem (jak się okazuje ze spaniela) czy szczerą sympatią do potraw mięsnych. Jest w tym samym miejscu, w którym znajduje się wielu ludzi, którzy jednocześnie chcieliby zjeść kurczaka i nakarmić kurczaka.
"Moja droga B," pełna jest podobnych dylematów i rozterek, a zakres tematyczny zdaje się nie mieć końca. To strumień niekończących się myśli. Ta książka była moją pierwszą zwartą pozycją, na którą trafiłam w okresie swojej fascynacji osobą pani Jandy. I to był dobry wybór. Mogłam ją sobie dawkować tygodniami i nigdy nie mieć dość. Myślę, że to pozycja odpowiednia nie tylko dla fanów aktorki – wręcz przeciwnie. Warto do niej zajrzeć, tym bardziej, im bardziej ukształtowaną opinię na jej temat się już posiada. Warto burzyć własne wyobrażenia.
Joanna
środa, 25 listopada 2015
Daniel Keyes - Człowiek o 24 twarzach
Ta pozycja po prostu wpadła mi w ręce i nie chciałam jej już wypuścić. Mieści w sobie wszystko. To jednocześnie literatura faktu, kryminał, sensacja rozgrywająca się po części w szpitalu psychiatrycznym i więzieniu, po części gdziekolwiek. Opis krzyczy: prawdziwa historia! Relacje oparte na faktach są o tyle bardziej wciągające i o tyle bardziej przerażające, że dotyczą rzeczywistych ludzi i wydarzeń - wydarzeń, które przecież mogły przydarzyć się mnie! Nie mówcie, że tak nie myślicie. To właśnie ten dreszcz emocji, którego szukam w horrorach i ten sam, którego tam nie znajduję (bo przecież wszystko jest “na niby”), przyciąga mnie do takich książek. I ciekawość.
Wyobraź sobie, że wieczorem kładziesz się spać, a kiedy otwierasz oczy stoisz na środku apteki z bronią w ręku, mierząc do farmaceuty. I to nie jest sen. Zlękniony zamykasz oczy… Kiedy je ponownie otwierasz, błądzisz już po ulicach wielkiego miasta, w którym samochody jeżdżą złą stroną ulicy. Jesteś w Londynie. Nie wiesz, jak się tu znalazłeś ani jak stąd wrócić do domu, z którego wcale nie chciałeś wychodzić. Sprawdzasz gazety, daty. Próbujesz znaleźć wyjście z tej układanki, krążysz w kółko, ale w końcu dopada cię zmęczenie. Szukasz hotelu, by się przespać, ale już się w nim nie budzisz. Znikasz. Leżysz na ziemi u boku przerażonej kobiety. W kieszeni masz broń i skradziony plik banknotów… Czasem budzisz się we własnym łóżku, jednak nawet wtedy nie wiesz, co stało się z twoim życiem i twoim czasem. Wiesz tylko, że ktoś go ukradł. Nazywasz się Arthur, Ragen, Christine, Allen, David, Danny, Kevin, Philip, Tommy.… I Billy - ale tego wcale nie jesteś pewien.
William Stanley Milligan kryje w sobie dwadzieścia cztery osobowości. Poznajemy ponadprzeciętnie inteligentnego Brytyjczyka (kapitalistę), agresywnego Rosjanina (zapalonego komunistę), ortodoksyjnego Żyda, lesbijkę spragnioną miłości (poetkę), malarza (nawet kilku), mniejszych większych bandziorów, skrzywdzonego chłopca, trzyletnią dziewczynkę… I wielu innych. I każdy z nich myśli, czuje. I jest.
Fabularyzowana biografia napisana ręką Daniela Keyes’a to wstrząsająca relacja o życiu we śnie, o życiu niekontrolowanym i niemal nieświadomym. Pisarzowi udało się przedstawić dwie (dwadzieścia cztery?) strony medalu: perspektywę Billy'ego (gospodarza) oraz jego wszystkich jaźni. W jednej książce rozgrywa się akcja dwudziestu czterech dramatów. Mną ta historia wstrząsnęła. I chyba jej wierzę. A Ty?
Joanna
Wyobraź sobie, że wieczorem kładziesz się spać, a kiedy otwierasz oczy stoisz na środku apteki z bronią w ręku, mierząc do farmaceuty. I to nie jest sen. Zlękniony zamykasz oczy… Kiedy je ponownie otwierasz, błądzisz już po ulicach wielkiego miasta, w którym samochody jeżdżą złą stroną ulicy. Jesteś w Londynie. Nie wiesz, jak się tu znalazłeś ani jak stąd wrócić do domu, z którego wcale nie chciałeś wychodzić. Sprawdzasz gazety, daty. Próbujesz znaleźć wyjście z tej układanki, krążysz w kółko, ale w końcu dopada cię zmęczenie. Szukasz hotelu, by się przespać, ale już się w nim nie budzisz. Znikasz. Leżysz na ziemi u boku przerażonej kobiety. W kieszeni masz broń i skradziony plik banknotów… Czasem budzisz się we własnym łóżku, jednak nawet wtedy nie wiesz, co stało się z twoim życiem i twoim czasem. Wiesz tylko, że ktoś go ukradł. Nazywasz się Arthur, Ragen, Christine, Allen, David, Danny, Kevin, Philip, Tommy.… I Billy - ale tego wcale nie jesteś pewien.
William Stanley Milligan kryje w sobie dwadzieścia cztery osobowości. Poznajemy ponadprzeciętnie inteligentnego Brytyjczyka (kapitalistę), agresywnego Rosjanina (zapalonego komunistę), ortodoksyjnego Żyda, lesbijkę spragnioną miłości (poetkę), malarza (nawet kilku), mniejszych większych bandziorów, skrzywdzonego chłopca, trzyletnią dziewczynkę… I wielu innych. I każdy z nich myśli, czuje. I jest.
Fabularyzowana biografia napisana ręką Daniela Keyes’a to wstrząsająca relacja o życiu we śnie, o życiu niekontrolowanym i niemal nieświadomym. Pisarzowi udało się przedstawić dwie (dwadzieścia cztery?) strony medalu: perspektywę Billy'ego (gospodarza) oraz jego wszystkich jaźni. W jednej książce rozgrywa się akcja dwudziestu czterech dramatów. Mną ta historia wstrząsnęła. I chyba jej wierzę. A Ty?
Joanna
poniedziałek, 9 listopada 2015
Jay Asher - Trzynaście powodów
A gdyby tak całe swoje dotychczasowe życie umieścić na taśmach? Hannah Baker się to udaje. Trzynaście nagrań, siedem kaset, na taśmach wydarzenia, podzielone na etapy i osoby – a w tym wszystkim dziewczyna, która odebrała sobie życie.
Pewnego dnia Clay Jensen znajduje przed drzwiami swojego domu tajemniczą paczkę, a wewnątrz niej kilka kaset magnetofonowych. Kto jest nadawcą, dowiaduje się już po pierwszych dźwiękach – głos należy do Hannah, licealistki, która dwa tygodnie wcześniej popełniła samobójstwo. To jednak nie ma być forma spowiedzi ani list pożegnalny. Dziewczyna na wstępie informuje słuchacza o regułach „gry”: „są proste. I tylko dwie. Po pierwsze, słuchacie. Po drugie, przekazujecie taśmy dalej. Przy odrobinie szczęścia żadna z tych rzeczy nie przyjdzie wam łatwo”.
Trzynaście tytułowych powodów. Trzynaście osób, przez które nastolatka znalazła się nad przepaścią. Powieść Ashera przeraża i uczy. Przeraża – bo historie opisane na początku wydają się niewinną dziecięcą zabawą, złośliwością wieku szkolnego. Przeraża – bo czytając „Trzynaście powodów” przypominamy sobie epizody z naszego życia, których mogliśmy doświadczać, które mogliśmy prowokować – i tak bardzo niczego wówczas nie rozumieć. Hannah powoli dorasta, a zdarzeń jest coraz więcej, dotykają coraz bardziej, coraz bardziej smucą. Zaczynamy pojmować.
Jay Asher daje nam znacznie więcej niż wciągającą historyjkę dla nastolatków z sensacyjną fabułą. Tu nie ma sensacji, bo historia jest zupełnie zwyczajna, a jednak nie sposób się od niej oderwać. To opowieść o dziewczynie, która żyła jak wszyscy, dopóki lawina nie zaczęła spadać. Perspektywa Hannah uczy patrzenia i słuchania. Wgląd w uczucia, przeżycia i myśli pozostałych bohaterów przybliża historie ludzi, którzy nieświadomie przyczynili się do tragedii. To opowieść o każdym z Was. O Waszych znajomych, rówieśnikach, o Waszych dzieciach, jeśli je macie.
„Trzynaście powodów” to solidna lekcja empatii, opłacona porządną dawką współczucia, poczucia winy i łez. Hannah dała lekcję trzynastu osobom, nagrywając dla nich te taśmy. Jay Asher daje lekcję nam wszystkim.
Joanna
Pewnego dnia Clay Jensen znajduje przed drzwiami swojego domu tajemniczą paczkę, a wewnątrz niej kilka kaset magnetofonowych. Kto jest nadawcą, dowiaduje się już po pierwszych dźwiękach – głos należy do Hannah, licealistki, która dwa tygodnie wcześniej popełniła samobójstwo. To jednak nie ma być forma spowiedzi ani list pożegnalny. Dziewczyna na wstępie informuje słuchacza o regułach „gry”: „są proste. I tylko dwie. Po pierwsze, słuchacie. Po drugie, przekazujecie taśmy dalej. Przy odrobinie szczęścia żadna z tych rzeczy nie przyjdzie wam łatwo”.
Trzynaście tytułowych powodów. Trzynaście osób, przez które nastolatka znalazła się nad przepaścią. Powieść Ashera przeraża i uczy. Przeraża – bo historie opisane na początku wydają się niewinną dziecięcą zabawą, złośliwością wieku szkolnego. Przeraża – bo czytając „Trzynaście powodów” przypominamy sobie epizody z naszego życia, których mogliśmy doświadczać, które mogliśmy prowokować – i tak bardzo niczego wówczas nie rozumieć. Hannah powoli dorasta, a zdarzeń jest coraz więcej, dotykają coraz bardziej, coraz bardziej smucą. Zaczynamy pojmować.
Jay Asher daje nam znacznie więcej niż wciągającą historyjkę dla nastolatków z sensacyjną fabułą. Tu nie ma sensacji, bo historia jest zupełnie zwyczajna, a jednak nie sposób się od niej oderwać. To opowieść o dziewczynie, która żyła jak wszyscy, dopóki lawina nie zaczęła spadać. Perspektywa Hannah uczy patrzenia i słuchania. Wgląd w uczucia, przeżycia i myśli pozostałych bohaterów przybliża historie ludzi, którzy nieświadomie przyczynili się do tragedii. To opowieść o każdym z Was. O Waszych znajomych, rówieśnikach, o Waszych dzieciach, jeśli je macie.
„Trzynaście powodów” to solidna lekcja empatii, opłacona porządną dawką współczucia, poczucia winy i łez. Hannah dała lekcję trzynastu osobom, nagrywając dla nich te taśmy. Jay Asher daje lekcję nam wszystkim.
Joanna
czwartek, 29 października 2015
Marek Krajewski – Arena szczurów
Ciężko pisać recenzję, w której praktycznie każde słowo znacząco może zdradzić treść, a i nawet zakończenie książki. W przypadku najnowszej powieści Marka Krajewskiego tak właśnie mam. Spowodowane jest to zmianą w schemacie, jakim wcześniej posługiwał się autor, pisząc kolejne kryminały. Do tej pory na początku pojawiał się trup, a na końcu zostawaliśmy informowani, kto zabił i dlaczego. Tym razem jest inaczej.
Akcja książki rozpoczyna się w czerwcu 1948 roku. Edward Popielski, bohater cyklu lwowskiego, pod przybranym nazwiskiem Antoni Hrabecki naucza matematyki i łaciny w szkole średniej w Darłowie. Gdy w dniu meczu piłkarskiego Polska – Dania, przegranego przez naszą reprezentację aż 8:0 ratuje jedną ze swych uczennic przed gwałtem, wzbudza niemałe zainteresowanie swoją osobą wśród mieszkańców miasta. Jedną z nich jest doktor Rafał Gordon. Medyk rozpoznawszy w Hrabeckim znanego przed wojną lwowskiego policjanta o ksywie Łysy, zwraca się do niego z prośbą o pomoc w schwytaniu niebezpiecznego gwałciciela. Popielski przyjmuje zadanie. Ścigając przestępcę nieoczekiwanie sam wpada w pułapkę, z której aby się wydostać, będzie musiał stoczyć najcięższy bój w swoim życiu.
Pierwsze co ciśnie mi się na usta po przeczytaniu „Areny szczurów” to, że Marek Krajewski ewidentnie odszedł od retro kryminału na rzecz retro thrillera. Miłośnicy zawiłych łamigłówek, skomplikowanych śledztw na pewno będą rozczarowani, ponieważ ich tu nie znajdą. Ale to nie jedyna zmiana. Kolejną jest przeniesie akcji do Darłowa. Jest to o tyle ważne, że we wszystkich poprzednich powieściach historie obsadzane były albo we Wrocławiu, albo we Lwowie, w miastach bardzo pieczołowicie i szczegółowo zrekonstruowanych przez autora. Darłowo w „Arenie szczurów” jawi się bardziej jako tło dla wydarzeń. Nie czuć w ogóle klimatu miasta, co fantastycznie pisarz potrafił oddać w przypadku wyżej wymienionego Wrocławia i Lwowa. „Arena szczurów” została pozbawiona również, charakterystycznych dla Marka Krajewskiego wątków filozoficznych. Pojawiają się sentencje łacińskie, jednak nie stanowią one żadnego przyczynku do głębszych rozważań.
Podsumowując, widać iż autor postanowił coś odświeżyć w swojej twórczości, nie iść na łatwiznę, serwując swym czytelnikom kolejny na swój sposób przewidywalny kryminał. Oczywiście, części fanom taki zabieg może nie przypaść do gustu, tak samo jak czuli rozczarowanie, gdy miejsce Mocka zajął Popielski. Lecz mnie bardziej interesowało, jaką wartość prezentuje sama w sobie „Arena szczurów”? Czy mam do czynienia z dobrą książka, czy przeciętną. Marek Krajewski przyzwyczaił mnie, że poniżej pewnego poziomu nie przywykł schodzić i tym razem jest podobnie. „Arena” to sprawnie opowiedziana historia przez pisarza mającego ciągle pomysł na siebie oraz chętnego do wprowadzania zmian.
quidam
Akcja książki rozpoczyna się w czerwcu 1948 roku. Edward Popielski, bohater cyklu lwowskiego, pod przybranym nazwiskiem Antoni Hrabecki naucza matematyki i łaciny w szkole średniej w Darłowie. Gdy w dniu meczu piłkarskiego Polska – Dania, przegranego przez naszą reprezentację aż 8:0 ratuje jedną ze swych uczennic przed gwałtem, wzbudza niemałe zainteresowanie swoją osobą wśród mieszkańców miasta. Jedną z nich jest doktor Rafał Gordon. Medyk rozpoznawszy w Hrabeckim znanego przed wojną lwowskiego policjanta o ksywie Łysy, zwraca się do niego z prośbą o pomoc w schwytaniu niebezpiecznego gwałciciela. Popielski przyjmuje zadanie. Ścigając przestępcę nieoczekiwanie sam wpada w pułapkę, z której aby się wydostać, będzie musiał stoczyć najcięższy bój w swoim życiu.
Pierwsze co ciśnie mi się na usta po przeczytaniu „Areny szczurów” to, że Marek Krajewski ewidentnie odszedł od retro kryminału na rzecz retro thrillera. Miłośnicy zawiłych łamigłówek, skomplikowanych śledztw na pewno będą rozczarowani, ponieważ ich tu nie znajdą. Ale to nie jedyna zmiana. Kolejną jest przeniesie akcji do Darłowa. Jest to o tyle ważne, że we wszystkich poprzednich powieściach historie obsadzane były albo we Wrocławiu, albo we Lwowie, w miastach bardzo pieczołowicie i szczegółowo zrekonstruowanych przez autora. Darłowo w „Arenie szczurów” jawi się bardziej jako tło dla wydarzeń. Nie czuć w ogóle klimatu miasta, co fantastycznie pisarz potrafił oddać w przypadku wyżej wymienionego Wrocławia i Lwowa. „Arena szczurów” została pozbawiona również, charakterystycznych dla Marka Krajewskiego wątków filozoficznych. Pojawiają się sentencje łacińskie, jednak nie stanowią one żadnego przyczynku do głębszych rozważań.
Podsumowując, widać iż autor postanowił coś odświeżyć w swojej twórczości, nie iść na łatwiznę, serwując swym czytelnikom kolejny na swój sposób przewidywalny kryminał. Oczywiście, części fanom taki zabieg może nie przypaść do gustu, tak samo jak czuli rozczarowanie, gdy miejsce Mocka zajął Popielski. Lecz mnie bardziej interesowało, jaką wartość prezentuje sama w sobie „Arena szczurów”? Czy mam do czynienia z dobrą książka, czy przeciętną. Marek Krajewski przyzwyczaił mnie, że poniżej pewnego poziomu nie przywykł schodzić i tym razem jest podobnie. „Arena” to sprawnie opowiedziana historia przez pisarza mającego ciągle pomysł na siebie oraz chętnego do wprowadzania zmian.
quidam
piątek, 23 października 2015
David Foster Wallace - Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi
Książka „Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi” ma status kultowej w świecie literatury anglosaskiej. Dzieje się tak dlatego, że autor David Foster Wallace odwołuje się swoim stylem do powieści postmodernistycznej, nie popadając przy tym w schemat i rozwijając jej formułę. Wallace opisuje człowieka przełomu wieków. Czyni to jak gdyby miast pióra posiadał skalpel. Nie robi jednak krzywdy nikomu, ponieważ jest profesjonalistą. Lektura może okazać się bolesna, gdyż pojawiające się w powieści sytuacje i towarzyszące im emocje, uczucia sprowadzone zostają do wspólnego mianownika. Są nam bliskie, a opisy wyjątkowo sugestywne, barwne i obszerne.
Truizmem jest twierdzić że więcej łączy ludzką wspólnotę niż dzieli. Bo kiedy odczuwamy jakieś oryginalne natręctwo, gdzieś na drugim końcu świata jest druga osoba, ta kochana osoba, która również przeżywa to samo natręctwo. Grunt to się odnaleźć.
Kategoria paskudności, czy też zapaskudzenia, byłaby więc czymś, co odróżnia ludzi od siebie. Być może gdyby Wallace żył w epoce baroku (a z pewnością w epoce baroku pisał niejeden Wallace) byłaby mowa o grzeszności. Ale my dzisiaj mamy psychologię, psychoterapię, psychoanalizę, psychowiwisekcję i wiele innych słusznych pojęć, które niczego nam nie ułatwiają, ale z pewnością są użyteczne. Za to pomóc może nam lektura książki. Książki jednak zabawnej i odważnej.
R.Z.
Truizmem jest twierdzić że więcej łączy ludzką wspólnotę niż dzieli. Bo kiedy odczuwamy jakieś oryginalne natręctwo, gdzieś na drugim końcu świata jest druga osoba, ta kochana osoba, która również przeżywa to samo natręctwo. Grunt to się odnaleźć.
Kategoria paskudności, czy też zapaskudzenia, byłaby więc czymś, co odróżnia ludzi od siebie. Być może gdyby Wallace żył w epoce baroku (a z pewnością w epoce baroku pisał niejeden Wallace) byłaby mowa o grzeszności. Ale my dzisiaj mamy psychologię, psychoterapię, psychoanalizę, psychowiwisekcję i wiele innych słusznych pojęć, które niczego nam nie ułatwiają, ale z pewnością są użyteczne. Za to pomóc może nam lektura książki. Książki jednak zabawnej i odważnej.
R.Z.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






