wtorek, 27 października 2020
czwartek, 10 września 2020
czwartek, 9 lipca 2020
piątek, 22 maja 2020
Robert Małecki - Najgorsze dopiero nadejdzie
Marek Bener, dziennikarz toruńskiej „Gazety Miejskiej”, od kilku lat bezskutecznie poszukuje zaginionej w niewyjaśnionych okolicznościach żony. Na ten cel poświęca każdą wolną chwilę oraz wszelkie możliwe środki. Nie cofnie się przed niczym, nawet kosztem pracy zawodowej. Chwytając się desperacko pojawiających się tu i tam skrawków informacji, resztkami nadziei prowadzi prywatne śledztwo. Tymczasem w jednej z podtoruńskich miejscowości dochodzi do pożaru domu, w którym ktoś ginie. Do napisania relacji z tego zdarzenia zostaje przydzielony właśnie Bener. W trakcie ustalania tożsamości ofiary odkrywa, że posiadłość należy do jego dawnego przyjaciela, który kiedyś odbił mu narzeczoną i ożenił się z nią. Krótko po pożarze kobieta niespodziewania składa mu wizytę, prosząc o pomoc, po czym nagle znika. Czy coś łączy tę sprawę z zaginięciem żony dziennikarza? Bener próbując odpowiedzieć na to pytanie, wikła się w niebezpieczną grę, trop bowiem wiedzie do świata polityki oraz szemranych interesów biznesowych.
Najgorsze dopiero nadejdzie to powieściowy debiut Roberta Małeckiego, laureata Nagrody Wielkiego Kalibru i nagrody Kryminalnej Piły za powieść Skaza. Debiut, trzeba przyznać, całkiem udany choć autor nie ustrzegł się kilku wpadek. Dotyczy to przede wszystkim zachowania głównego bohatera, będącego niekiedy wręcz irracjonalnym, bo na przykład kto nocą wchodzi do spalonego domu bez latarki? Chyba tylko ten, kto zamierza oberwać po głowie. Mimo tego typu potknięć intryga wciąga. Autor umiejętnie dozuje napięcie. Nagłe zwroty akcji skutecznie potrafią zaskoczyć i sprawić, że to co było oczywiste, takim przestaje być.
Wspomnieć należy również o roli, jaką pełni w książce muzyka. Dokładniej mówiąc - muzyka zespołu Dżem. Towarzyszy ona Benerowi prawie na każdym kroku, przejmując niekiedy rolę ścieżki dźwiękowej pod opisywane wydarzenia. „Włączyłem płytę Dżemu, który zawsze przyjemnie mnie kołysał i podładowywał akumulatory. I znacznie lepiej brzmiał, gdy wprawiał podłogę w lekkie drżenie”[1] . Zresztą inspirującą stronę twórczości tych Ślązaków autor podkreśla w podziękowaniach.
Powieść Najgorsze dopiero nadejdzie rozpoczyna trzytomową serię z Markiem Benerem w roli głównej. Wspólnym elementem łączącym wszystkie części jest tajemnicze zaginięcie żony bohatera. Czy zatem pierwszy tom zachęca do sięgnięcia po kolejne? Moim zdaniem tak. Ciekawie skonstruowana akcja, bohater budzący sympatię, przekonująco oddane emocje jakie nim targają, a wszystko to okraszone panoramą przepięknego Torunia i cudowną muzyką – oto esencja solidnego debiutu.
quidam
[1] - Robert Małecki, Najgorsze dopiero nadejdzie, Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016, s. 137.
Najgorsze dopiero nadejdzie to powieściowy debiut Roberta Małeckiego, laureata Nagrody Wielkiego Kalibru i nagrody Kryminalnej Piły za powieść Skaza. Debiut, trzeba przyznać, całkiem udany choć autor nie ustrzegł się kilku wpadek. Dotyczy to przede wszystkim zachowania głównego bohatera, będącego niekiedy wręcz irracjonalnym, bo na przykład kto nocą wchodzi do spalonego domu bez latarki? Chyba tylko ten, kto zamierza oberwać po głowie. Mimo tego typu potknięć intryga wciąga. Autor umiejętnie dozuje napięcie. Nagłe zwroty akcji skutecznie potrafią zaskoczyć i sprawić, że to co było oczywiste, takim przestaje być.
Wspomnieć należy również o roli, jaką pełni w książce muzyka. Dokładniej mówiąc - muzyka zespołu Dżem. Towarzyszy ona Benerowi prawie na każdym kroku, przejmując niekiedy rolę ścieżki dźwiękowej pod opisywane wydarzenia. „Włączyłem płytę Dżemu, który zawsze przyjemnie mnie kołysał i podładowywał akumulatory. I znacznie lepiej brzmiał, gdy wprawiał podłogę w lekkie drżenie”[1] . Zresztą inspirującą stronę twórczości tych Ślązaków autor podkreśla w podziękowaniach.
Powieść Najgorsze dopiero nadejdzie rozpoczyna trzytomową serię z Markiem Benerem w roli głównej. Wspólnym elementem łączącym wszystkie części jest tajemnicze zaginięcie żony bohatera. Czy zatem pierwszy tom zachęca do sięgnięcia po kolejne? Moim zdaniem tak. Ciekawie skonstruowana akcja, bohater budzący sympatię, przekonująco oddane emocje jakie nim targają, a wszystko to okraszone panoramą przepięknego Torunia i cudowną muzyką – oto esencja solidnego debiutu.
quidam
[1] - Robert Małecki, Najgorsze dopiero nadejdzie, Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016, s. 137.
poniedziałek, 20 kwietnia 2020
Wojciech Tochman - Pianie kogutów, płacz psów
Pianie kogutów, płacz psów to reportaż, w którym Wojciech Tochman kontynuuje rozpoczęte w książkach Jakbyś kamień jadła i Dzisiaj narysujemy śmierć poszukiwania odpowiedzi na pytanie jak wygląda życie w kraju, gdzie doszło do ludobójstwa. Kiedy człowiek, z dnia na dzień, stawał się bestią skłonną czynić w stosunku do innych rzeczy straszne, wręcz niewyobrażalne. O ile w przypadku Bośni (Jakbyś kamień jadła) i Rwandy (Dzisiaj narysujemy śmierć), w różnicach na tle narodowościowym i etnicznym należy upatrywać przyczyn tragedii, to patrząc na Kambodżę, trudno znaleźć jakikolwiek sensowny powód, dlaczego brat na brata podniósł rękę.
Choć od panowania Pol Pota minęło wiele lat, mieszkańcy Kambodży ciągle nie potrafią zapomnieć tamtych wydarzeń. Strach nadal zakorzeniony jest głęboko w nich. „Dzieci czasu Pol Pota przekazują dzieciom nieufność. Uważaj, z kim się zadajesz. Nie gadaj za dużo. Nie wyrażaj własnego zdania. Nie wychylaj się. Nie pytaj, po co za dużo wiedzieć. Nie miej przyjaciół…”[1]. Do tego dochodzi masa innych problemów. Około połowa kobiet w ciąży ma anemię, co piąte pięcioletnie dziecko cierpi na niedożywienie, tylko cztery procent mieszkańców ma wykształcenie wyższe, wielu nie umie pisać ani czytać, większość pracuje bez umowy, co drugi załatwia swoje problemy fizjologiczne poza miejscem zamieszkania. Można tak wymieniać jeszcze długo. Trauma oraz wszechobecna bieda – to są obecnie najważniejsze problemy współczesnej Kambodży.
Książka podzielona została na trzy części, z czego pierwsza wspólnie z trzecią tworzą coś w rodzaju spinającej klamry, gdzie wątki z jednej kontynuowane są w drugiej. Poznajemy tutaj historię ludzi, którzy z różnych przyczyn postradali zmysły i zostali umieszczeni przez najbliższych w przydomowych klatkach. „Sokni siedzi w klatce od czternastu lat. Klatka, dwa metry na metr dwadzieścia, na dwa metry wysoka, stoi na słupach pół metra nad ziemią, a raczej nad tym, co mężczyzna od lat wydala"[2]. Podejrzewa się, że takich osób mogą być tysiące. Chorzy psychicznie zamiast otrzymywać fachową pomoc, z początku leczeni są przez znachorów, szamanów, czy zielarzy. Diagnoza? Opętanie przez złe duchy. Metody leczenia? Przeróżne. „W pewnej wsi uzdrowiciel zrobił wywar z kilku kilogramów chili i zmuszał chorego do inhalacji. Chciał zagazować w nim ducha, zagazował chorego”[3]. Jeżeli kuracje nie pomagają, chorzy w zamknięciu pozostają do swoich ostatnich dni. O fachową pomoc zresztą bardzo trudno. Raz, że większości na nią nie stać, dwa - w Kambodży brakuje po prostu specjalistów. „…w całej Kambodży pracuje dziś pięćdziesięcioro psychiatrów, większość w Phnom Penh. Codziennie konsultuje się tam pół tysiąca pacjentów. Doktorzy nie mają czasu na właściwą diagnozę. Przepisują lekarstwa, które powinny uspokoić, zamroczyć. Rodziny często nie mają na nie pieniędzy. Zwłaszcza na dalsze regularne leczenie…”[4]. Problem ten, na szczęście, nie jest zamiatany głęboko pod dywan i w ramach programu „Zerwać łańcuchy” lekarze z Transcultural Psychosocial Organization (TPO) jeżdżą po Kambodży, próbując za darmo leczyć uwięzionych chorych. Do wszystkich w prawdzie nie są w stanie dotrzeć, ale mały krok ku poprawie został uczyniony.
Część środkowa z kolei zarysowuje współczesny obraz Khmerów, codzienną ich walkę o jakieś jutro. Odwiedzamy stare kino zbudowane w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, aktualnie zamieszkiwane przez kilkanaście rodzin. „Każdy pokój to mroczna jama, światło wpada do niej jedynie przez drzwi i okno tuż obok. Jeśli w oknie jest szyba, bo zwykle są deski”[5]. Salę główną zajmują najbiedniejsi, śpiąc u podnóża stale rozrastającej się góry. „Rośnie każdego dnia od czternastu lat, żyje, tętni. Budują ją lokatorzy, odkąd tutaj mieszkają: śmieci, kości, a jakby dobrze pogrzebać, to i płody ludzkie, szczątki dzieci, szczątki dorosłych”[6]. Śledzimy losy trójki kobiet wyrzuconych z domów, ponieważ tam gdzie mieszkały, postanowiono zbudować domy dla bogatych. Zaglądamy do cegielni, gdzie w niewolniczych warunkach pracują kilkunastoletnie dzieci. „W raporcie na ten temat jej eksperci piszą o niedawnych wypadkach: trzej chłopcy w trzech cegielniach stracili ręce. Najmłodszy – siedem lat, najstarszy czternaście. Średni dziewięć. Zmarł”[7]. Przyglądamy się starszym, zmuszanym przez bliskich do żebrania. „Stary też musi jeść – mówi ta pierwsza, przy której się zatrzymaliśmy. Urzęduje tutaj co rano od dziesięciu lat. Ma osiemdziesiąt”[8]. Poznajemy w końcu znaczenie słowa baksbat, czyli zespołu złamanej odwagi.
Pianie kogutów, płacz psów potrafi wstrząsnąć, przytłoczyć. Wojciech Tochman bez ubarwień, bez niepotrzebnych chwytów literackich opisuje zastaną rzeczywistość. Nie ocenia, nie interpretuje, pozostawiając to zadanie czytelnikowi. Mało tutaj bezpośrednich odwołań do czasów ludobójstwa, choć i takie we wspomnieniach bohaterów się pojawiają. Jednak, tak jak na wstępie było wspominane, książka nie dotyczy ludobójstwa, tylko ukazuje Kambodżę tu i teraz. Przedstawia kraj niepotrafiący skutecznie uwolnić się od demonów przeszłości.
quidam
Choć od panowania Pol Pota minęło wiele lat, mieszkańcy Kambodży ciągle nie potrafią zapomnieć tamtych wydarzeń. Strach nadal zakorzeniony jest głęboko w nich. „Dzieci czasu Pol Pota przekazują dzieciom nieufność. Uważaj, z kim się zadajesz. Nie gadaj za dużo. Nie wyrażaj własnego zdania. Nie wychylaj się. Nie pytaj, po co za dużo wiedzieć. Nie miej przyjaciół…”[1]. Do tego dochodzi masa innych problemów. Około połowa kobiet w ciąży ma anemię, co piąte pięcioletnie dziecko cierpi na niedożywienie, tylko cztery procent mieszkańców ma wykształcenie wyższe, wielu nie umie pisać ani czytać, większość pracuje bez umowy, co drugi załatwia swoje problemy fizjologiczne poza miejscem zamieszkania. Można tak wymieniać jeszcze długo. Trauma oraz wszechobecna bieda – to są obecnie najważniejsze problemy współczesnej Kambodży.
Książka podzielona została na trzy części, z czego pierwsza wspólnie z trzecią tworzą coś w rodzaju spinającej klamry, gdzie wątki z jednej kontynuowane są w drugiej. Poznajemy tutaj historię ludzi, którzy z różnych przyczyn postradali zmysły i zostali umieszczeni przez najbliższych w przydomowych klatkach. „Sokni siedzi w klatce od czternastu lat. Klatka, dwa metry na metr dwadzieścia, na dwa metry wysoka, stoi na słupach pół metra nad ziemią, a raczej nad tym, co mężczyzna od lat wydala"[2]. Podejrzewa się, że takich osób mogą być tysiące. Chorzy psychicznie zamiast otrzymywać fachową pomoc, z początku leczeni są przez znachorów, szamanów, czy zielarzy. Diagnoza? Opętanie przez złe duchy. Metody leczenia? Przeróżne. „W pewnej wsi uzdrowiciel zrobił wywar z kilku kilogramów chili i zmuszał chorego do inhalacji. Chciał zagazować w nim ducha, zagazował chorego”[3]. Jeżeli kuracje nie pomagają, chorzy w zamknięciu pozostają do swoich ostatnich dni. O fachową pomoc zresztą bardzo trudno. Raz, że większości na nią nie stać, dwa - w Kambodży brakuje po prostu specjalistów. „…w całej Kambodży pracuje dziś pięćdziesięcioro psychiatrów, większość w Phnom Penh. Codziennie konsultuje się tam pół tysiąca pacjentów. Doktorzy nie mają czasu na właściwą diagnozę. Przepisują lekarstwa, które powinny uspokoić, zamroczyć. Rodziny często nie mają na nie pieniędzy. Zwłaszcza na dalsze regularne leczenie…”[4]. Problem ten, na szczęście, nie jest zamiatany głęboko pod dywan i w ramach programu „Zerwać łańcuchy” lekarze z Transcultural Psychosocial Organization (TPO) jeżdżą po Kambodży, próbując za darmo leczyć uwięzionych chorych. Do wszystkich w prawdzie nie są w stanie dotrzeć, ale mały krok ku poprawie został uczyniony.
Część środkowa z kolei zarysowuje współczesny obraz Khmerów, codzienną ich walkę o jakieś jutro. Odwiedzamy stare kino zbudowane w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, aktualnie zamieszkiwane przez kilkanaście rodzin. „Każdy pokój to mroczna jama, światło wpada do niej jedynie przez drzwi i okno tuż obok. Jeśli w oknie jest szyba, bo zwykle są deski”[5]. Salę główną zajmują najbiedniejsi, śpiąc u podnóża stale rozrastającej się góry. „Rośnie każdego dnia od czternastu lat, żyje, tętni. Budują ją lokatorzy, odkąd tutaj mieszkają: śmieci, kości, a jakby dobrze pogrzebać, to i płody ludzkie, szczątki dzieci, szczątki dorosłych”[6]. Śledzimy losy trójki kobiet wyrzuconych z domów, ponieważ tam gdzie mieszkały, postanowiono zbudować domy dla bogatych. Zaglądamy do cegielni, gdzie w niewolniczych warunkach pracują kilkunastoletnie dzieci. „W raporcie na ten temat jej eksperci piszą o niedawnych wypadkach: trzej chłopcy w trzech cegielniach stracili ręce. Najmłodszy – siedem lat, najstarszy czternaście. Średni dziewięć. Zmarł”[7]. Przyglądamy się starszym, zmuszanym przez bliskich do żebrania. „Stary też musi jeść – mówi ta pierwsza, przy której się zatrzymaliśmy. Urzęduje tutaj co rano od dziesięciu lat. Ma osiemdziesiąt”[8]. Poznajemy w końcu znaczenie słowa baksbat, czyli zespołu złamanej odwagi.
Pianie kogutów, płacz psów potrafi wstrząsnąć, przytłoczyć. Wojciech Tochman bez ubarwień, bez niepotrzebnych chwytów literackich opisuje zastaną rzeczywistość. Nie ocenia, nie interpretuje, pozostawiając to zadanie czytelnikowi. Mało tutaj bezpośrednich odwołań do czasów ludobójstwa, choć i takie we wspomnieniach bohaterów się pojawiają. Jednak, tak jak na wstępie było wspominane, książka nie dotyczy ludobójstwa, tylko ukazuje Kambodżę tu i teraz. Przedstawia kraj niepotrafiący skutecznie uwolnić się od demonów przeszłości.
quidam
[1] Wojciech Tochman, Pianie kogutów, płacz psów, Kraków 2019, s. 160-171.
[2] Tamże, s. 52.
[3] Tamże, s. 48.
[4] Tamże, s. 56.
[5] Tamże, s. 72.
[6] Tamże, s. 72.
[7] Tamże, s. 95.
[8] Tamże, s. 107
[2] Tamże, s. 52.
[3] Tamże, s. 48.
[4] Tamże, s. 56.
[5] Tamże, s. 72.
[6] Tamże, s. 72.
[7] Tamże, s. 95.
[8] Tamże, s. 107
piątek, 13 lipca 2018
Patryk Cichoracki, Kinga Kamińska - Wpływ technologii na rozwój dziecka
Wpływ technologii na
rozwój dziecka, to
książka, która mnie bardzo zaskoczyła. Sięgnęłam po nią myśląc, że będzie
mówiła o negatywnym oddziaływaniu technologii na dzieci w wieku przedszkolnym,
że przeczytam zatrważające statystyki przedstawiające ilość małych rączek
codziennie trzymających tablety i smartfony, małych oczu nie mogących oderwać
się od kolorowych ruchomych obrazków, szybko zmieniających się na ekranie.
O ile pierwsza część Dziecko
w Internecie – zagrożenia [1] była zgodna z moimi oczekiwaniami, pozostałe artykuły bardzo pozytywnie mnie
zaskoczyły.
Książka adresowaną jest
przede wszystkim do nauczycieli, począwszy od nauczycieli wychowania
przedszkolnego, poprzez tych zajmujących się edukacją wczesnoszkolną, aż po
nauczycieli starszych klas szkoły podstawowej. Sporo miejsca poświęcono
omówieniu zmian w kształceniu informatycznym, wprowadzonym przez nową podstawę
programową.[2] Dalej nauczyciele z różnych
poziomów nauczania znajdą wskazówki, jak ciekawie realizować założenia nowej
podstawy, w sposób dostosowany do możliwości i wieku dzieci.
Na szczególną uwagę
zasługują artykuły Anny Świć. Autorka "odczarowuje" zajęcia z
wykorzystaniem nowoczesnych technologii i podstaw programowania adresowane do
dzieci w wieku przedszkolnym. "Odczarowuje" ponieważ wciąż wiele
osób, zarówno wśród rodziców jak i nauczycieli nie jest przekonana do
wprowadzania tego typu aktywności w przedszkolu. Rodzice często nie maja
prawidłowego wyobrażenia o tym, jak takie zajęcia wyglądają i obawiają się ich.
Dla części nauczycieli przedszkolnych zastosowanie nowych technologii w
procesie dydaktycznym jest czymś nowym, nieznanym. Anna Świć pokazuje, w jaki
sposób umiejętnie wykorzystywać nowe technologie w pracy z najmłodszymi [3],
jak wprowadzać podstawy programowania, z jakich aplikacji korzystać, przybliża
Ozoboty [4] i Scratcha Juniora [5],
ale przede wszystkim tłumaczy czego dzieci uczą się w trakcie zajęć [6].
A to nie jest wcale takie oczywiste. Dzieci podczas nauki podstaw programowania
ćwiczą kompetencje matematyczne, uczą się pracy zespołowej, nabierają wiary we
własne możliwości, ćwiczą grafomotorykę czy umiejętność skupienia uwagi, ale
nie tylko. Dzięki takim zajęciom dzieci uczą się logicznego myślenia, nabierają
umiejętności precyzyjnego konstruowania komunikatów, ćwiczą orientację
przestrzenną, czy też przestają bać się popełniania błędów i przyznawania się
do nich.
Nauczyciele innych
poziomów nauczania również znajdą tu coś dla siebie. Dowiedzą się m. in.,
czym jest WebQuest [7], STEM [8] i jak pracować z wykorzystaniem tych metod, jak nawiązać z uczniami
porozumienie z wykorzystaniem nowych technologii, jak ich zachęcić do aktywnego
udziału w lekcji [9].
Jest to bardzo inspirująca
książka, która pokazuje, w jaki sposób szkoła podstawowa i przedszkole powinny
przygotowywać dzieci do życia we współczesnym świecie. Jak w sposób mądry
wychować cyfrowych użytkowników, nie biernych odbiorców, a świadomych
użytkowników i twórców.
[1] A. Kałuba-Korczak, Dziecko w Internecie –
zagrożenia [w:] Wpływ technologii na rozwój dziecka, P. Cichoracki,
K. Kamińska (nadzór merytoryczny), Poznań 2017, s. 5-11.
[2] I. Breguła, Ucząc dzieci wczorajszymi
metodami, zabieramy im jutro [w:] Wpływ ..., P. Cichoracki, K.
Kamińska (nadzór merytoryczny), Poznań 2017, s.13-19.
[3] A. Świć, Przedszkolak i nowoczesne
technologie – kiedy zacząć, o czym pamiętać? [w:] Wpływ ..., P.
Cichoracki, K. Kamińska (nadzór merytoryczny), Poznań 2017, s. 20-21.
[4] Taż, Uczymy dzieci programować – jak
odpowiedzialnie wprowadzić roboty do zajęć z przedszkolakami [w:] Wpływ
..., P. Cichoracki, K. Kamińska (nadzór merytoryczny), Poznań 2017,
s.22-25.
[5] Taż, Scratch Junior – już dla trzylatka [w:]
Wpływ ..., P. Cichoracki, K. Kamińska (nadzór merytoryczny), Poznań
2017, s. 29-31.
[6] Taż, Programowanie i robotyka w
przedszkolu – więcej korzyści, niż myślisz [w:] Wpływ ..., P.
Cichoracki, K. Kamińska (nadzór merytoryczny), Poznań 2017, s. 26-28.
[7] I. Micorek, WebQuest – innowacyjna i
nowoczesna metoda nauczania z wykorzystaniem nowoczesnych technologii [w:] Wpływ
..., P. Cichoracki, K. Kamińska (nadzór merytoryczny), Poznań 2017, s. 32 –
39.
[8] A. Świć, Edukacja oparta o STEM – jak
może wyglądać w przedszkolu? [w:] Wpływ ..., P. Cichoracki, K.
Kamińska (nadzór merytoryczny), Poznań 2017, s. 40-41.
[9] A. Zakrzewska-Okrojek, Nowe technologie w
szkole [w:] Wpływ ..., P. Cichoracki, K. Kamińska (nadzór
merytoryczny), Poznań 2017, s.42-45 oraz A. Podemska-Kałuża, Nowe metody i
technologie sprzymierzeńcem nauczyciela w edukacji wczesnoszkolnej [w:] Wpływ
..., P. Cichoracki, K. Kamińska (nadzór merytoryczny), Poznań 2017,
s.46-51.
najciam
środa, 30 maja 2018
Małgorzata Musierowicz - „Jeżycjada”
Pierwszy raz z twórczością Małgorzaty Musierowicz zetknęłam się w dzieciństwie. Opowiadania adresowane do dzieci np. „Kredki”, „Hihopter”, „Rybka” – należały do moich ulubionych lektur. Chyba dlatego, że nie opisywały jakichś stworów, dziwacznych potworów, lecz mówiły o zwyczajnych sytuacjach - w przedszkolu, w domu, na podwórku. Bohaterami tych historii były dzieci, z którymi ławo można było się utożsamić.
Potem przyszedł czas na kolejne, bardziej "poważne" książki tej autorki. I tak zetknęłam się z "Jeżycjadą" . Pierwsze tomy - "Szóstą klepkę", "Kłamczuchę" czy „Kwiat Kalafiora” poznawałam w szkole podstawowej, w latach 90. (ubiegłego już stulecia). Następnie po wieloletniej przerwie, wróciłam do cyklu, nadrabiając zaległości, już jako dorosła osoba.
„Jeżycjada” wychodzi już od ponad 40 lat. Do tej pory ukazały się 22 tomy serii (ostatni – wydany w marcu br. nosi tytuł "Ciotka Zgryzotka", kolejny – 23. tom „Chucherko” - jest w przygotowaniu). Cykl cieszy się ogromną popularnością. Świadczy o tym, np. spotkanie z autorką, w którym miałam okazję uczestniczyć. 21 kwietnia br. do poznańskiego EMPIKU przybyły tłumy miłośników twórczości Małgorzaty Musierowicz z całej Polski (ponad 90% obecnych stanowiły kobiety, co mnie jakoś specjalnie nie zaskoczyło). Były to osoby w różnym wieku. Każdy „fan” dzierżył w ręku egzemplarz książki autorki, oczekując na autograf. Najbardziej zdesperowani czekali na ten moment nawet kilka godzin!
Na czym polega fenomen „Jeżycjady”?
Cykl osadzony jest w konkretnej czasoprzestrzeni. Poszczególne powieści opowiadają o codzienności, o zwyczajnym życiu nastolatków. Akcja większości książek rozgrywa się w poznańskiej dzielnicy Jeżyce (od niej wywodzi się nazwa cyklu), o której w ten sposób wypowiedział się prof. Barbanera z Mediolanu:
„Przebyłem tę dzielnicę wszerz i wzdłuż (…) – w gruncie rzeczy z narażeniem życia, bo gdziekolwiek się zwracałem, trzymałem w jednej ręce otwartą książkę , a w drugiej plan, próbując zaglądnąć do obu, przez co o mało nie wpadłem pod samochód (…). Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że wszystkie nazwy ulic wymienione w Jeżycjadzie są na miejscu i do odszukania, a same ulice mają rzeczywiście taki bieg, jaki im Autorka nadała. W żadnym tomie nie znalazłem jakiejś fikcyjnej nazwy. Zgadzają się numery i trasy tramwajów, ich wygląd i odgłosy, jakie z siebie wydają (…)” .
A zatem miejsce akcji książek jest bardzo realne, namacalne, możliwe do zlokalizowania na mapie, a nawet do odwiedzenia. Czas akcji również jest konkretny: akcja pierwszego tomu toczy się w 1975 roku, akcja ostatniego – w roku 2017. Na naszych oczach bohaterowie dorastają, zakochują się, zawierają małżeństwa, zakładają rodziny… Postaci zmieniają się na naszych oczach, starzeją wraz z odbiorcami.
Czytelnicy postaci z „Jeżycjady” traktują jak własnych znajomych. Czasem aż ma się ochotę do nich „wpaść” na herbatkę i ciasteczka, by wspólnie pożartować i pogawędzić... Kolejne tomy cyklu pozwalają odkryć, co nowego u nich słychać. Powieści przepełnione są ciepłą atmosferą i humorem. Nastrajają optymistycznie.
Nie czytam serii w porządku chronologicznym, lecz „wyrywkowo”. I tak po najnowszych częściach cyklu, wróciłam do początków serii. Ostatnio przeczytałam szóstą część cyklu zatytułowaną „Brulion Bebe B.” Kilka słów o powieści:
Główną bohaterką jest tytułowa Bebe (Beata) – poznańska (jakżeby inaczej) licealistka oraz jej młodszy brat – Konrad (zwany Koziem) - uczeń szkoły podstawowej. Rodzeństwem (z powodu emigracji matki i nieobecności ojca) zajmuje się szalona Aniela Kowalik (główna bohaterka „Kłamczuchy”). Do akcji wkracza także znany z skądinąd Bernard Żeromski. Ci dwaj bohaterowie wprowadzą najbardziej humorystyczne elementy, ubarwiają książkę. Powieść toczy się w roku 1988 (czyli 30 lat temu), ale wydaje mi się współczesna, uniwersalna. Nie odnosiłam wrażenia, żeby „trąciła myszką”. Miałam np. podobne (niestety niezbyt pozytywne) odczucia, co do nauki w liceum, jak bohaterowie. Jak to w książkach Małgorzaty Musierowicz bywa – tu także pojawiają się wątki „miłosne”. Jeden z nich (bardzo zabawny) dotyczy Anieli i nowo poznanego dentysty Krystiana, drugi – to wątek uczuciowy pomiędzy licealistami – tytułową bohaterką i chłopakiem o pseudonimie „Dambo”. Oba nie są za bardzo wydumane i naciągane (jak to czasami u Małgorzaty Musierowicz bywa). W powieści od czasu do czasu pojawiają się też inni, znani z wcześniejszych części bohaterowie - oprócz Anieli i Bernarda, spotkamy dyrektora Pieroga, emerytowanego profesora Dmuchawca oraz moją ulubioną postać - Natalię Borejko.
Jeśli chodzi „Jeżycjadę” - oczywiście pojawiają się głosy krytyczne dotyczące cyklu. Niektórzy czytelnicy dzielą serię na „starą” i „nową” . Stara – jest w ich mniemaniu lepsza, nowa - trochę gorsza. Według „krytykantów” - autorka nie odnajduje się już we współczesności, bohaterowie „kiszą się” we własnym sosie, zmieniają się na niekorzyść. Pojawia się moralizatorstwo i pisanie według schematu: wczesne zakochanie się pary bohaterów (zazwyczaj w liceum), które po kilku latach zostaje szczęśliwie sfinalizowane na ślubnym kobiercu.
Krytyka, krytyką, ale nakład każdej części „Jeżycjady” przekracza 100 tys. egzemplarzy. Powieści tłumaczone są na wiele języków świata (w tym na wietnamski i japoński). Autorka za swą twórczość otrzymała wiele prestiżowych nagród (i to nie tylko za te „stare” części). Jest jeszcze dodatkowy atut: ilustracje. Małgorzata Musierowicz (absolwentka Wydziału Grafiki PWSSP) sama ilustruje swoje powieści (to również znak rozpoznawczy „Jeżycjady”).
Myślę, że te fakty mówią same za siebie. Jeśli ktoś jeszcze nie zetknął się z twórczością autorki „Szóstej klepki” - to gorąco zachęcam do przeczytania choćby jednej części cyklu. Warto poznać, warto przeczytać i samemu wyrobić sobie opinię.
MegPee
Potem przyszedł czas na kolejne, bardziej "poważne" książki tej autorki. I tak zetknęłam się z "Jeżycjadą" . Pierwsze tomy - "Szóstą klepkę", "Kłamczuchę" czy „Kwiat Kalafiora” poznawałam w szkole podstawowej, w latach 90. (ubiegłego już stulecia). Następnie po wieloletniej przerwie, wróciłam do cyklu, nadrabiając zaległości, już jako dorosła osoba.
„Jeżycjada” wychodzi już od ponad 40 lat. Do tej pory ukazały się 22 tomy serii (ostatni – wydany w marcu br. nosi tytuł "Ciotka Zgryzotka", kolejny – 23. tom „Chucherko” - jest w przygotowaniu). Cykl cieszy się ogromną popularnością. Świadczy o tym, np. spotkanie z autorką, w którym miałam okazję uczestniczyć. 21 kwietnia br. do poznańskiego EMPIKU przybyły tłumy miłośników twórczości Małgorzaty Musierowicz z całej Polski (ponad 90% obecnych stanowiły kobiety, co mnie jakoś specjalnie nie zaskoczyło). Były to osoby w różnym wieku. Każdy „fan” dzierżył w ręku egzemplarz książki autorki, oczekując na autograf. Najbardziej zdesperowani czekali na ten moment nawet kilka godzin!
Na czym polega fenomen „Jeżycjady”?
Cykl osadzony jest w konkretnej czasoprzestrzeni. Poszczególne powieści opowiadają o codzienności, o zwyczajnym życiu nastolatków. Akcja większości książek rozgrywa się w poznańskiej dzielnicy Jeżyce (od niej wywodzi się nazwa cyklu), o której w ten sposób wypowiedział się prof. Barbanera z Mediolanu:
„Przebyłem tę dzielnicę wszerz i wzdłuż (…) – w gruncie rzeczy z narażeniem życia, bo gdziekolwiek się zwracałem, trzymałem w jednej ręce otwartą książkę , a w drugiej plan, próbując zaglądnąć do obu, przez co o mało nie wpadłem pod samochód (…). Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że wszystkie nazwy ulic wymienione w Jeżycjadzie są na miejscu i do odszukania, a same ulice mają rzeczywiście taki bieg, jaki im Autorka nadała. W żadnym tomie nie znalazłem jakiejś fikcyjnej nazwy. Zgadzają się numery i trasy tramwajów, ich wygląd i odgłosy, jakie z siebie wydają (…)” .
A zatem miejsce akcji książek jest bardzo realne, namacalne, możliwe do zlokalizowania na mapie, a nawet do odwiedzenia. Czas akcji również jest konkretny: akcja pierwszego tomu toczy się w 1975 roku, akcja ostatniego – w roku 2017. Na naszych oczach bohaterowie dorastają, zakochują się, zawierają małżeństwa, zakładają rodziny… Postaci zmieniają się na naszych oczach, starzeją wraz z odbiorcami.
Czytelnicy postaci z „Jeżycjady” traktują jak własnych znajomych. Czasem aż ma się ochotę do nich „wpaść” na herbatkę i ciasteczka, by wspólnie pożartować i pogawędzić... Kolejne tomy cyklu pozwalają odkryć, co nowego u nich słychać. Powieści przepełnione są ciepłą atmosferą i humorem. Nastrajają optymistycznie.
Nie czytam serii w porządku chronologicznym, lecz „wyrywkowo”. I tak po najnowszych częściach cyklu, wróciłam do początków serii. Ostatnio przeczytałam szóstą część cyklu zatytułowaną „Brulion Bebe B.” Kilka słów o powieści:
Główną bohaterką jest tytułowa Bebe (Beata) – poznańska (jakżeby inaczej) licealistka oraz jej młodszy brat – Konrad (zwany Koziem) - uczeń szkoły podstawowej. Rodzeństwem (z powodu emigracji matki i nieobecności ojca) zajmuje się szalona Aniela Kowalik (główna bohaterka „Kłamczuchy”). Do akcji wkracza także znany z skądinąd Bernard Żeromski. Ci dwaj bohaterowie wprowadzą najbardziej humorystyczne elementy, ubarwiają książkę. Powieść toczy się w roku 1988 (czyli 30 lat temu), ale wydaje mi się współczesna, uniwersalna. Nie odnosiłam wrażenia, żeby „trąciła myszką”. Miałam np. podobne (niestety niezbyt pozytywne) odczucia, co do nauki w liceum, jak bohaterowie. Jak to w książkach Małgorzaty Musierowicz bywa – tu także pojawiają się wątki „miłosne”. Jeden z nich (bardzo zabawny) dotyczy Anieli i nowo poznanego dentysty Krystiana, drugi – to wątek uczuciowy pomiędzy licealistami – tytułową bohaterką i chłopakiem o pseudonimie „Dambo”. Oba nie są za bardzo wydumane i naciągane (jak to czasami u Małgorzaty Musierowicz bywa). W powieści od czasu do czasu pojawiają się też inni, znani z wcześniejszych części bohaterowie - oprócz Anieli i Bernarda, spotkamy dyrektora Pieroga, emerytowanego profesora Dmuchawca oraz moją ulubioną postać - Natalię Borejko.
Jeśli chodzi „Jeżycjadę” - oczywiście pojawiają się głosy krytyczne dotyczące cyklu. Niektórzy czytelnicy dzielą serię na „starą” i „nową” . Stara – jest w ich mniemaniu lepsza, nowa - trochę gorsza. Według „krytykantów” - autorka nie odnajduje się już we współczesności, bohaterowie „kiszą się” we własnym sosie, zmieniają się na niekorzyść. Pojawia się moralizatorstwo i pisanie według schematu: wczesne zakochanie się pary bohaterów (zazwyczaj w liceum), które po kilku latach zostaje szczęśliwie sfinalizowane na ślubnym kobiercu.
Krytyka, krytyką, ale nakład każdej części „Jeżycjady” przekracza 100 tys. egzemplarzy. Powieści tłumaczone są na wiele języków świata (w tym na wietnamski i japoński). Autorka za swą twórczość otrzymała wiele prestiżowych nagród (i to nie tylko za te „stare” części). Jest jeszcze dodatkowy atut: ilustracje. Małgorzata Musierowicz (absolwentka Wydziału Grafiki PWSSP) sama ilustruje swoje powieści (to również znak rozpoznawczy „Jeżycjady”).
Myślę, że te fakty mówią same za siebie. Jeśli ktoś jeszcze nie zetknął się z twórczością autorki „Szóstej klepki” - to gorąco zachęcam do przeczytania choćby jednej części cyklu. Warto poznać, warto przeczytać i samemu wyrobić sobie opinię.
MegPee
Subskrybuj:
Posty (Atom)





