czwartek, 26 października 2017

Maurycy Nowakowski - Riverside. Sen w wysokiej rozdzielczości

Życie bywa przewrotne i często niesprawiedliwe. Gdy wydaje się, że  wszystko przebiega po naszej myśli i z optymizmem zaczynamy spoglądać w przyszłość, następuje nagły zwrot, zmuszający nas do weryfikacji dotychczasowych planów. Nie inaczej jest w przypadku polskiej grupy Riverside. Będąc na ostatniej prostej by zaistnieć w świadomości przeciętnego słuchacza, niespodziewanie musieli przystanąć. Oby tylko chwilowo. Ponieważ nie licząc kilku chlubnych wyjątków, na muzycznej mapie świata, tak naprawdę nie znaczymy nic.
Riverside od samego początku wykazywał ogromny potencjał artystyczny, a debiutancki album tylko to potwierdził. Z każdym kolejnym koncertem zespołowi przybywało coraz więcej fanów. Zewsząd zaczęły spływać pochlebne recenzje. Po wydaniu drugiej płyty w środowisku progresywnym już nikt nie miał wątpliwości: o to nad Wisłą narodził się diament w najczyściejszej postaci.

Książka Maurycego Nowakowskiego „Riverside. Sen w wysokiej rozdzielczości” opisuje piętnaście lat działalności grupy. Jej drogę od pierwszych prób do pierwszych sukcesów,  od skromnych koncertów, po występy na całym świecie. Całość powstała na podstawie rozmów przeprowadzonych z muzykami, czyli Piotrem Mittloffem Kozieradzkim, Piotrem Grudzińskim, Mariuszem Dudą i Michałem Łapajem, oraz osobami na co dzień z nimi współpracującymi: „Wiedza i znakomita większość cytatów wykorzystanych w książce pochodzi z moich rozmów z muzykami Riverside, oraz <<świadkami historii>>, przeprowadzonych w latach 2013-2016”.[1]

Dowiadujemy się między innymi, dlaczego panowie utożsamiani wcześniej ze sceną metalową, niekiedy wręcz ekstremalną, postanowili grać rocka progresywnego. Piotr Kozieradzki: „Poszedłem do <<Trójki>> i ten koncert przewrócił mi trochę w bani – śmieje się, wspominając. – Mam wrażenie, że wydarzenia tamtego wieczoru w największym stopniu sprawiły, że chciałem grać właśnie taką progresywną muzykę”[2] (mowa o występie 06.04.2001 r. w studiu im. Agnieszki Osieckiej brytyjskiej kapeli Porcupine Tree), „Album Domain  <<Get Ettami>> ukazał się ostatecznie w 2002 roku, zbierając bardzo dobre recenzje, ale entuzjazm Piotra do tego czasu zdążył wyparować. Już w trakcie trudnych prac nad tą płytą Mittloff zaczął szukać muzycznej alternatywy. Czuł, że czas Domain dobiega końca, kryzysy i napięte sytuacje przypominały mu okres rozstania z Hate. Coraz bardziej męczyły go układy panujące w środowisku muzyki metalowej, no i przede wszystkim ciągnęło go w kierunku progrocka. ”[3] Jakie zrobili na sobie pierwsze wrażenie, Piotr Grudziński: „Zobaczyłem takiego bysiora stojącego na bramce  i ktoś mi powiedział: <<Ty, to jest ten Mittloff, wiesz, ten z Hate…>>. To był byku taki, że on tam strach siał.”[4], z kolei Mariusz Duda dodaje: „Poznałem ich i pomyślałem sobie: o Boże, kto to jest, w co ja się wpakowałem? – Na samo wspomnienie Duda się śmieje – Nie powiem, żeby zrobili na mnie pozytywne pierwsze wrażenie. A tu proszę, jeden pan zaczął grać na gitarze, drugi na perkusji i robili to zupełnie nieźle, z tym, że szybko zdałem sobie sprawę, że kompletnie nie wiedzą, co chcą tworzyć. ”[5] Poznajemy kształt i przebieg pierwszych koncertów w Polsce i zagranicą. Michał Łapaj: „Backstage’em było małe podwórko, przez które wchodziło się także do klubu. Miejsce o tyle okropne, że od razu po wejściu do środka widniała długa, szeroka rynna, do której wszyscy sikali, stąd nieprzyjemny zapach rozchodzący się po całym klubie.” [6] (opis występu w Genk podczas debiutanckiej trasy po Europie). Artyści mówią również o kłopotach i obawach związanych z wykonywanym zawodem: „To było chyba jego apogeum problemów z astmą – mówi Mittloff.- W Lizard Kingu mieli dziwnie usytułowaną scenę, tyłem do okien wychodzących na ulicę, a przodem do wyjścia, tam wszędzie wokół byli ludzie, straszny tłok, a przez to mało powietrza. Być może oprócz astmy włączył się też niepokój związany z tym tłokiem i brakiem normalnego backstage’u. Ostatecznie Mariusz zszedł na dziesięć minut, żeby złapać powietrza, my nie wiedzieliśmy o co chodzi, czekaliśmy na scenie.”[7], czy „Niedługo po oficjalnym komunikacie mówiącym o komercyjnym sukcesie <<ADHD>>  do skrzynek pocztowych Mariusza, Grudnia i Mittloffa trafiło pismo od prawnika, z którego wynikało, że były klawiszowiec Riverside, Jacek Mielnicki, żąda od ekskompanów stu tysięcy złotych za swój udział w procesie tworzenia albumu <<Out of Myself>>.”[8] Ale kariera muzyczna to przede wszystkim jedna wielka przygoda z wieloma pozytywnymi momentami: „Dojechaliśmy o ósmej rano do Moskwy – mówi Grudzień. - Spałem może ze dwie godziny, a tam na peronie chyba z dziesięć osób z transparentem. Dostaliśmy upominki, wódkę i ogórki. Fani naprawdę się spisali, na każdym kroku okazywali nam sympatię.”[9]

Książka jest sprawnie napisana, nie nudzi, nie męczy. Duży plus dla Nowakowskiego za sposób,  w jaki przedstawia twórczość zespołu. Przy każdym utworze zamieścił szczegółowy komentarz, nierzadko wzbogacony wypowiedzią któregoś z muzyków, a mimo to napisany jest on prosto i przejrzyście, bez niezrozumiałej dla przeciętnego słuchacza terminologii muzycznej. Kolejny plus należy się za przybliżenie najważniejszych wydawnictw powstałych współcześnie w rocku progresywnym i zestawienie ich z albumami Riverside. Dzięki temu łatwiej zrozumieć fenomen grupy, jej mądrość w reagowaniu na trendy panujące w progresji oraz umiejętność bycia o krok przed konkurencją.

Przeważnie z dużym dystansem podchodzę do książek dedykowanym zespołom będących na początku, bądź w połowie swojej drogi artystycznej. Nawet jeżeli odniosły niebotyczny sukces. Gdyż jeszcze wiele przed nimi. Podobnego zdania byłem, kiedy usłyszałem po raz pierwszy o pracach nad biografią Riverside. „Za szybko” -  mówiłem. Jednak przedwczesna śmierć Piotra Grudzińskiego (21.02.2016 r.) zmusza do przewartościowania własnych poglądów. Bo to już nie jest tylko historia grupy stojącej u szczytu sławy, a podsumowanie pewnego definitywnie zamkniętego rozdziału, ery z Piotrem Grudzińskim. Maurycy Nowakowski:  „Przeprowadziłem w tym czasie trzydzieści wywiadów, rejestrując na dyktafonie około stu godzin wspomnień. W tym sześć, kilkugodzinnych rozmów z Piotrem Grudzińskim. Gdybym w 2014 ugiął się pod jakimikolwiek wątpliwościami i zwlekał z rozpoczęciem pracy, o dostępie do szczegółowych wspomnień Grudnia mógłbym zapomnieć. Zabrałby je na zawsze ze sobą…” [10].

Riverside po rocznej przerwie wznowił działalność. Wraz z nowym gitarzystą koncertowym wyruszył w trasę występując po różnych zakątkach Europy. W 2018 planuje wydać kolejny album. Wierzę mocno, iż chłopaki w przyszłości jeszcze wiele zamieszają, że z każdym następnych albumem będą docierać do coraz większej liczby słuchaczy, że zwołują niejedną listę. A za piętnaście lat Maurycy Nowakowski napisze: Riverside. Sen w wysokiej rozdzielczości cd. – 15 lat na samym szczycie muzycznego Olimpu.

quidam

[1] Maurycy Nowakowski, Riverside. Sen w wysokiej rozdzielczości. Czerwonak: In Rock 2016, s. 407
[2] Tamże, s. 57
[3] Tamże, s. 58
[4] Tamże, s. 50
[5] Tamże, s. 80
[6] Tamże, s. 175
[7] Tamże, s. 206
[8] Tamże, s. 294
[9] Tamże, s. 292
[10] Tamże, s. 9

wtorek, 29 sierpnia 2017

Johan Cruyff - Autobiografia

Johana Cruijffa[1] przeciętnemu miłośnikowi piłki nożnej przedstawiać nie trzeba. Ikona futbolu holenderskiego i nie tylko. Autorytet na boisku i poza nim. Piłkarz kompletny. Długo jeszcze można by wymieniać. I wszystko byłoby prawdą. Dlatego niezmiernie cieszę, że książka ta powstała, a Cruijffowi starczyło sił oraz czasu, aby ją ukończyć (zmarł na raka płuc tuż po jej napisaniu). Choćby dlatego, że ci, którzy całe swoje życie poświęcają robieniu tego co naprawdę kochają, zawsze mają wiele ciekawego do przekazania.

Wiem też, że jeśli chodzi o sprawy piłki nożnej mam jedną wadę – myślę tylko o byciu na szczycie. Jako zawodnik czy trener nie potrafię robić niczego na niskim poziomie, staram się być najlepszym w swoim zawodzie”[2] czytamy w prologu. Taka również jest ta książka. Historią człowieka cały czas dążącego do perfekcji. Objaśniającą przede wszystkim jego sposób rozumowania gry w piłkę, zasad jakich przestrzegał w wyniku czego osiągnął aż tyle. Mało tu opisów meczów, czy analiz strzelanych bramek. Dla Cruijffa niewiele to znaczy. Jego „…bardziej interesuje idea futbolu” [3]. Idea futbolu totalnego.

Na początku lat siedemdziesiątych Holandia zachwyciła cały piłkarski świat. W tym niewielkim kraju zrodził się system gry, gdzie nie istniał jednolity podział na obrońców, pomocników i napastników. W zależności od potrzeby obrońca stawał się atakującym, a napastnik obrońcą. Dzięki temu gra pomarańczowych (tak nazywana jest reprezentacja Holandii) była z jednej strony niezwykle widowiskowa, a z drugiej bardzo skuteczna. „Zawsze powtarzałem, że trzeba grać pięknie i ofensywnie. To musi być spektakl”[4].

Od najmłodszych lat uczestniczył w zajęciach organizowanych w szkółce Ajaksu. „Moje życie od samego początku było podporządkowane piłce nożnej. Rodzice mieli sklep owocowo-warzywny w Betondorp, kilkaset metrów od należącego do Ajaksu stadionu De Meer w Amsterdamie, było to więc nieuniknione”[5]. Tam pod czujnym okiem trenerów rozwijał swe umiejętności: „Ale żeby móc chociaż raz poprowadzić piłkę w sposób doskonały, należy wcześniej przećwiczyć to sto tysięcy razy na treningu – i właśnie na to poświęcaliśmy swój czas. Taka była metoda szkolenia w Ajaksie, klubie, z którego wychodzili zawodnicy należący do najlepszych na świecie pod względem technicznym”[6]. Zresztą miał szczęście do trenerów, co często podkreśla w autobiografii, którzy wiele go nauczyli i pozwolili zrozumieć, na czym tak naprawdę polega gra w piłkę nożną.

Po zakończeniu czynnego uprawiania sportu Cruijff rozpoczął karierę trenerską. Jego nowatorskie podejście w tej dziedzinie sprawiło, iż niemal natychmiast zaczął odnosić sukcesy na tym polu. Istotną rolę odegrał tutaj powołany przez niego sztab szkoleniowy, składający się wyłącznie z fachowców. Cruijff zdawał sobie sprawę ze swoich ograniczeń, dlatego część zajęć prowadzili zatrudnieni przez niego specjaliści. „Delegowałem sesje treningowe, skauting i różne obowiązki na innych po prostu dlatego, że byli w tym lepsi niż ja. Nigdy nie udawałem, że wszystko potrafię zrobić”.[7]. W innym miejscu czytamy: „Większość klubów ma głównego trenera i asystenta, ale w Ajaksie sztab treningowy nagle rozrósł się do siedmiu osób”[8]. Podobne mechanizmy zastosował pracując później w Barcelonie, co zaowocowało stworzeniem drużyny do dziś nazywanej Dream Teamem. 

Holender znany był ze swojej bezkompromisowości. Potrafił bez owijania mówić co mu leży na sercu. W książce dość krytycznie wypowiada się o osobach odpowiedzialnych za zarządzenie klubami. W nich widzi głównych sprawców wszelkiego zła w piłce nożnej. „W topową piłkę jest zaangażowanych znacznie więcej pieniędzy, ale popełnia się wiele tych samych błędów. W rezultacie decyzje podejmują członkowie zarządów, którzy nie mają zielonego pojęcia, czy dobrze robią. Dokonuje się wyborów na podstawie osobistych rozmów oraz lobbowania w salach posiedzeń i gabinetach dyrektorów. Niekiedy przynosi to żałosne rezultaty, przy czym ostatecznie to trenerzy wystawieni są na odstrzał, podczas gdy decydenci pozostają poza linią frontu”[9].

Cruijff mało pisze o życiu prywatnym. Jeżeli miały miejsce jakieś złe rzeczy, to nie wywleka ich na światło dzienne. Jedynie więcej czasu poświęca synowi, a dokładniej mówiąc jego karierze sportowej oraz pewnemu zdarzeniu, przez co musiał odmówić gry w reprezentacji na mistrzostwach w 1978 roku.   

Ostatni rozdział dotyczy w dużej mierze działalności charytatywnej Cruijffa. Założona przez niego fundacja do dziś wspiera dzieci, w ich dążeniu do stawania się coraz lepszymi sportowcami. „Fundacja współpracuje ze szkołami, federacjami sportowymi, rządami, firmami i innymi partnerami, i najprościej mówiąc, jej celem jest danie każdej młodej osobie, niezależnie od pochodzenia i umiejętności, szansy na realizację marzeń, a w tym wypadku stworzenie jej warunków do uprawiania sportu i codziennego trenowania” [10]. Warto w tym miejscu wspomnieć, iż obszar działania Fundacji Cruijffa nie ogranicza się tylko do Holandii, o czym świadczy wybudowane dzięki jej wsparciu boisko przy Szkole Podstawowej nr 93 im. Lucjana Rydla w Krakowie.

„Autobiografia” Johana Cruijffa jest książką poświęconą wyłącznie piłce nożnej. Odpowiedzią dlaczego tak wielu ludzi na świecie pasjonuje się futbolem. Autor zdradza nam tajemnice swojego sukcesu jako sportowca i jako managera. Odkrywa czarne strony sportu, gdzie pieniądz potrafi zniszczyć wszystko, co przez wiele lat ciężko było budowane. A czyni to w sposób prosty i przejrzysty. Lektura obowiązkowa dla wszystkich miłośników piłki nożnej.

quidam

[1] Oryginalnie nazwisko piłkarza pisze się Cruijff, jednak w książce stosowana jest angielska pisownia jego nazwiska, Cruyff.
[2]  Johan Cruyff, Autobiografia. Kraków: Wydawnictwo Literackie 2016, s. 13
[3] Tamże, s. 17
[4] Tamże, s. 45
[5] Tamże, s. 17
[6] Tamże, s. 27 
[7] Tamże, s. 128
[8] Tamże, s. 130
[9] Tamże, s. 140
[10] Tamże, s. 309

poniedziałek, 14 listopada 2016

Jørn Lier Horst – Ślepy trop

Ślepy trop w żargonie policyjnym oznacza pominięcie świadome, bądź nieświadome ważnego elementu w śledztwie, nie pasującego do przyjętej wcześniej teorii dotyczącej przebiegu wydarzeń. W wyniku tego błędu, sprawa którą można było szybko rozwiązać ciągnie się latami, a sprawcy przestępstwa pozostają na wolności.
Mija pół roku od tajemniczego zaginięcia taksówkarza. Dotychczasowe działania policji nie przyniosły żadnych odpowiedzi, co tak właściwie się stało. W międzyczasie Sofie Lund wraz z córeczką wprowadza się do domu odziedziczonym po zmarłym dziadku. Kobieta nigdy nie darzyła szczególną sympatią swego krewnego, dlatego przed zamieszkaniem w nowym domu usuwa wszystkie pamiątki z nim związane. Pozostaje tylko kwestia sejfu, na stałe przytwierdzonego do podłogi w jednym z pomieszczeń w piwnicy. Jego otwarcie uruchomia lawinę zdarzeń, jakiej nikt się nie spodziewał.
Jørn Lier Horst w Polsce debiutował wyśmienitą książką „Jaskiniowiec”, uznaną za najlepszą skandynawską powieść roku w 2016 (nagroda The Petrona Award ). Później przetłumaczone zostały kolejne kryminały autora, w tym „Psy Gończe”, za którą otrzymał „Nagrodę Rivertona” (dla najlepszego kryminału powstałego w Norwegii) i „Szklany klucz” (dla najlepszego kryminału powstałego w krajach nordyckich).
„Ślepy trop” jest dziesiątą częścią cyklu z komisarzem policji Wiliamem Wistingiem w roli głównej. Tak jak w poprzednich książkach tutaj również otrzymujemy ciekawie skonstruowaną oraz sprawnie opowiedzianą historię. Jednak nic poza tym. W porównaniu z „Jaskiniowcem” czy „Psami gończymi” – odpowiednio dziewiąta i ósma część cyklu – odczuć można lekką tendencję spadkową. O ile w wyżej wymienionych tytułach droga od przestępstwa do rozwiązania sprawy przebiegała w prosty i logiczny sposób, tak tu otrzymujemy w pewnym momencie wiele zwrotów powstałych w dość krótkim czasie. Jedno śledztwo przechodzi w drugie i tak na przemian. Widać w tym wszystkim pomysł autora, lecz wydaje się, że zabrakło stron by pewne wątki jeszcze lepiej rozwinąć. W zamian tego nagle dostajemy odpowiedzi na wszystkie pytania.
Nie chcę powiedzieć, iż „Ślepy trop” nie udał się pisarzowi. Fani twórczości Horsta nie powinni czuć rozczarowania. To ciągle solidny poziom, jak na wysokie standardy skandynawskiego kryminału. Lecz mogłoby być lepiej. Dlatego tym, którzy do tej pory nie przeczytali ani jednej książki autora, proponuję najpierw sięgnąć po „Jaskiniowca” lub „Psy gończe”.

quidam

poniedziałek, 10 października 2016

Magda Omilianowicz - Bestia. Studium zła

Istnieją książki, których wolałabym nigdy nie przeczytać. „Bestia. Studium zła” zdobywa miejsce na podium, seria na faktach. To zdecydowanie pozycja nie dla mnie, może nawet dla nikogo. Książka przesiąknięta jest lepką, nieprzyjemną fabułą, bliższa skandynawskim kryminałom czy nawet horrorom Kinga niż historii niekochanego dziecka, któremu w życiu nie wyszło. Kto nie słyszał o Wampirze z Bytowa? Prawdopodobnie nie słyszeliście wszystkiego.

Kiedy zaczęłam czytać tę książkę, zauważyłam, że „gdzieś to już słyszałam”, skądś znam tę opowieść, jedną, drugą, piątą, bo osobnych historii, osobnych żyć jest tam cała masa. Przedtem nie łączyłam ich w jedną całość, docierały do mnie jako strzępki informacji o przykrych przypadkach okrucieństwa ostatnich dwudziestu lat. Nie jako ciąg wydarzeń funkcjonujących w łańcuchu, którym były.

Leszek Pękalski przyznał się do sześćdziesięciu siedmiu morderstw (według niektórych źródeł nawet do dziewięćdziesięciu), oskarżany o siedemnaście z nich, skazany został za jedno. Zabójstw trudno się było doliczyć, wszystkich ciał nie odnaleziono, Pękalski wciąż zmieniał zeznania, a  jego niestabilny stan psychiczny świadczył jeśli nie na jego korzyść, to jednak nie mógł mu zaszkodzić. Sam zresztą poczytywał to za spory atut.

Magda Omilianowicz przedstawia sylwetkę Wampira, poczynając od jego dzieciństwa aż do czasów rozprawy sądowej i jego pobytu w więzieniu. Biografię Pękalskiego przerywają krótkie scenki morderstw, relacje oskarżonego, fragmenty jego wspomnień. Jest to historia częściowo spisana jego oczami. Perspektywa winnego zwykle pozwala zrozumieć jego motywy, choć trochę go usprawiedliwić. I choć na początku Pękalski może wzbudza coś w rodzaju mieszanej odrazy i litości, zaraz emocje te przesłaniają jedynie obrzydzenie i wstręt. To nie jest dobry człowiek –  nasuwa się wniosek. I choć świat nie jest czarno-biały, dla postępowania Wampira z Bytowa próżno szukać usprawiedliwienia.

Dzisiaj Leszek Pękalski ma 49 lat i od 1996 roku odsiaduje karę 25 lat pozbawienia wolności. W czasach, kiedy był skazywany, nie istniała jeszcze kara dożywocia, dlatego orzeczony wyrok był najwyższym możliwym werdyktem. Od 2007 roku Pękalski ubiega się o przedterminowe zwolnienie, lecz wniosek stale odrzucany jest przez zespół terapeutów. Jednak w 2017 roku Pękalski zakończy odsiadywanie kary. I będzie starał się wyjść na wolność.

Joanna

poniedziałek, 5 września 2016

Maciej Orłoś, Marek Sierocki – Teleexpress. 30 lat minęło

Dawno, dawno temu, w niepamiętnych czasach, kiedy w centralnym punkcie każdego salonu stał telewizor, godzina siedemnasta była godziną niemal świętą. Nie znam osoby, której nie zdarzyłoby się usiąść o tej porze na kanapie, oczekując na soczysty zastrzyk informacji. Znam wielu ludzi, którzy robią to do dziś. Dzień w dzień.

Książka Macieja Orłosia i Marka Sierockiego, wydana z okazji trzydziestolecia Teleexpressu, jest podsumowaniem wielu lat pracy w pobijającym rekordy popularności programie informacyjnym. Nie jest to jednak suchy zbiór faktów i danych, będących kolejną żmudną monografią lub czymś w rodzaju broszury historycznej dla potomnych. Nie jest to też żadne studium dla studentów dziennikarstwa (chyba, że studium przypadku) ani relacja o tym, jak przygotować się do pracy w telewizji. To raczej spotkanie przy kawie, wspominki dwójki znajomych, którzy mijając się na ulicy, lubią zatrzymać się na chwilę, by powspominać dawne dzieje. Tak jest w tym przypadku.

Fantastycznie przeprowadzona rozmowa dwóch, od lat pracujących razem mężczyzn, wciąga czytelnika w bardzo przyjemny, ciepły i niemal zwyczajny klimat codziennej pracy w telewizji. Jak wygląda praca na ekranie, widziana od kuchni? Maciej Orłoś i Marek Sierocki przybliżają nam to w swobodnej, niezobowiązującej luźnej relacji, która płynie naturalnym rytmem.

Mnóstwo zabawnych anegdot, dobrego humoru i dystansu do własnej pracy – to jest to, co tu znajdziemy. Świetnie czyta się te zgrabnie poukładane historie ludzi, którzy dzielą te same wspomnienia, różne perspektywy i zdecydowanie mają wiele do powiedzenia. Przeplatana listami od widzów i zdjęciami współpracowników, bawi i zadziwia.

Ta książka jest wyłomem do kulis tej potężnej machiny dziennikarskiej, jaką jest program informacyjny oraz wyłomem do życia samych prezenterów.  Nie jest to książka, która narzuca nam  określony obraz programu. Ona raczej zdejmuje klapki i pokazuje wielopłaszczyznowość takiej pracy. To książka bardzo ludzka, o ludziach i dla ludzi.

Joanna

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Paulina Młynarska - Jeszcze czego!

Po książkę Pauliny Młynarskiej sięgnęłam z czystej ciekawości. Bo gdzieś słyszałam, bo coś widziałam, ale właściwie to nic o niej nie wiem. Autorka była dla mnie jedną z wielu tajemniczych postaci z mediów, o której coś gdzieś, ale właściwie niewiele. Nie wiedziałam też, czy chcę się w to mieszać. Agresywna wręcz reklama na rozmaitych portalach nie zostawiła mi wyboru, a zakwalifikowanie jej do modnej grupy poradnikowo-motywująco-pobudzających kobiece energie książek sprawiła, że dałam się namówić. I co?

Spostrzeżenia autorki nie zaskakują, lecz nie pozostają bez echa. Prawdy, które przecież znamy, na nowo dobitnie wwiercają się w umysł. Poruszane są w niej codzienne problemy i te mniej codzienne, o których czasami słyszy się w mediach, które czasem dotykają każdej z nas. O świecie, który bardzo nie lubi kobiet. Ta książka oburza. Oburzają historie, które autorka wyciąga z cienia i rzuca nam na pożarcie, oburza społeczne przyzwolenie na przedstawione zachowania, oburza, że opisane zdarzenia są prawdziwe... Jednocześnie oburza sama Młynarska.

Autorka już na wstępie uprzedza, że książka będzie opierała się na pewnym uogólnieniu, by wyraźniej i dobitniej przedstawić ogrom problemu. Mnie to nie pomogło. Wrzucanie wszystkich do jednego przybrudzonego wora raziło przez całą lekturę. Jej sposób relacji, który mówi o tym, że wszyscy mężczyźni są źli (choć sama przyznaje, że nie są), sposób, w którym na podstawie kilku przykładów stara się zarysować niezwykle przykry obraz świata. Popieram jej dążenia do uświadamiania kobiet, jednak nie popieram skrajności. Młynarska bardzo w taką skrajność uderza.

Ta pozycja to zbiór mniej lub bardziej trafnych spostrzeżeń na temat otaczającej nas (kobiety) rzeczywistości, a jednocześnie spora dawka prywaty. W większej części nazwałabym ją po prostu biografią, bo historie z życia autorki są główną treścią, choć podaną jako udany przykład wojującej niezależnej kobiecości.

To nie jest zła książka, ale jej lektura sprawia, że na mężczyzn zaczynamy patrzeć podejrzliwie i spod byka. A ja nie wiem, czy o to chodziło.

Joanna

niedziela, 31 lipca 2016

Roman Kołtoń – Deyna czyli obcy

Cenię Romana Kołtonia za wiedzę jaką posiada na temat piłki nożnej i za to jak o niej mówi, umiejętnie łącząc pasję, z wyważonymi i przemyślanymi wypowiedziami. Bez wątpienia należy do grupy dziennikarzy, których z przyjemnością się słucha. Dlatego byłem pewien, że biografię Kazimierza Deyny, jednego z największych wirtuozów biegających kiedykolwiek na światowych boiskach będzie się bardzo dobrze czytało. I nie pomyliłem się. Roman Kołtoń w swoim charakterystycznym stylu przybliża postać wielokrotnego kapitana Legii Warszawa i reprezentacji Polski. Tłumaczy, skąd wynikał jego fenomen oraz próbuje odnaleźć przyczynę, dlaczego tak wielu kibiców go nienawidziło, dając bodaj największy tego wyraz w trakcie pamiętnego meczu pomiędzy Polską a Portugalią w 1977 roku.

Punktem wyjściowym, od którego Roman Kołtoń rozpoczyna swą opowieść jest zdjęcie przedstawiające sir Stanleya Rousa (szef FIFA) w towarzystwie trójki największych bohaterów X Mistrzostw Świata, Franza Beckenbauera, Johana Cruijffa i Kazimierza Deyny. Każdy z nich jako piłkarz wyprzedzał swoją epokę. Każdego z nich określano mianem geniusza. Świat był u ich stóp i tylko jednemu nie było dane w pełni z tego skorzystać. Lubański, Szarmach, Kasperczak… no i oczywiście również Deyna mieli to nieszczęście, że urodzili się po niewłaściwej stronie muru. W najlepszych latach ich kariery musieli biegać po krajowych boiskach, choć interesowały się nimi największe tuzy na czele z Realem Madryt i Bayernem Monachium. Ktoś zapewne powie, iż dzięki temu nasza liga była jedną z najlepszych w Europie, czymś normalnym było widzieć nasze kluby grające na poziomie ćwierćfinałów w najważniejszych rozgrywkach klubowych. Zgoda, tylko z drugiej strony, czy nazwisko Deyna, zwłaszcza u młodszych kibiców, znaczy dziś tyle co Beckenbauer lub Cruijff? No i zasadnicze pytanie, czy gdyby kariera Deyny potoczyła się inaczej żyłby ciągle wśród nas…

Nie jest tajemnicą, że myśląc o Kazimierzu Deynie staje nam przed oczami obraz osoby przede wszystkim skrytej, małomównej, zamkniętej w sobie, tymczasem w książce poznajemy troszeczkę innego „Kazika”. Henryk Kasperczak określa go nawet mianem „dowcipnego człowieka”. Jednak popularny „Kaka” ma też swoje ciemne strony. Wiąże się to głównie z frustracją wynikającą z niemożliwości wyjazdu na zachód. To, plus oderwanie od realiów życia codziennego, widoczne jest często w wywiadach udzielanych przez Deynę w drugiej połowie lat 70. Zapewne nie jeden kibic piłkarski pomyślał wtedy: „panu piłkarzowi coś się w głowie poprzewracało”.

Roman Kołtoń przygotowując się do napisania książki wykonał kawał dobrej roboty. Przejrzał dziesiątki publikacji, artykułów i wywiadów z Kazimierzem Deyną, jakie ukazały się w latach 70 i 80 ubiegłego wieku. Dotarł do ludzi, którzy znali go osobiście. Niestety albo „stety”, skupił się wyłącznie na Deynie jako piłkarzu - jak postrzegał świat jako piłkarz, jak myślał jako piłkarz. A przecież był on też mężem i ojcem, bratem i kolegą. Brakuje mi tutaj również wypowiedzi osób wygwizdujących Deynę, gdy ten występował w barwach narodowych. Może ciężko do nich dotrzeć, może dziś się wstydzą swego zachowania, lecz tylko oni tak naprawdę mogliby powiedzieć, dlaczego go nie znosili.

„Deyna czyli obcy” jest książką pięknie wydaną, wzbogaconą licznymi fotografiami i anegdotami. Autor nierzadko na tle losów Deyny, przybliża realia polskiej piłki w czasach PRL. Jest się czasem z czego pośmiać, choćby wtedy, gdy Włodzimierz Lubański zabiegał o zgodę na przejście do zagranicznego klubu. Otrzymał ją „ze względu na nieodwracalne zmiany sprawnościowe, jakie zaszły w moim organizmie po kontuzji kolana i dwóch operacjach”*. Przyznać trzeba, że z taką adnotacją raczej mógł zapomnieć o wyjeździe. Na szczęście udało się zmieniać uzasadnienie: „Ze względu na trudne warunki klimatyczne w Polsce wskazane jest, by dalsza sportowa kariera obywatela Włodzimierza Lubańskiego przebiegała w kraju o ciepłym i łagodnym klimacie”** Dziś chyba jest to nie do pomyślenia.

quidam

* R. Kołtoń, Deyna czyli obcy, Poznań 2014, s. 99
** R. Kołtoń, Deyna czyli obcy, Poznań 2014, s. 99