poniedziałek, 5 września 2016

Maciej Orłoś, Marek Sierocki – Teleexpress. 30 lat minęło

Dawno, dawno temu, w niepamiętnych czasach, kiedy w centralnym punkcie każdego salonu stał telewizor, godzina siedemnasta była godziną niemal świętą. Nie znam osoby, której nie zdarzyłoby się usiąść o tej porze na kanapie, oczekując na soczysty zastrzyk informacji. Znam wielu ludzi, którzy robią to do dziś. Dzień w dzień.

Książka Macieja Orłosia i Marka Sierockiego, wydana z okazji trzydziestolecia Teleexpressu, jest podsumowaniem wielu lat pracy w pobijającym rekordy popularności programie informacyjnym. Nie jest to jednak suchy zbiór faktów i danych, będących kolejną żmudną monografią lub czymś w rodzaju broszury historycznej dla potomnych. Nie jest to też żadne studium dla studentów dziennikarstwa (chyba, że studium przypadku) ani relacja o tym, jak przygotować się do pracy w telewizji. To raczej spotkanie przy kawie, wspominki dwójki znajomych, którzy mijając się na ulicy, lubią zatrzymać się na chwilę, by powspominać dawne dzieje. Tak jest w tym przypadku.

Fantastycznie przeprowadzona rozmowa dwóch, od lat pracujących razem mężczyzn, wciąga czytelnika w bardzo przyjemny, ciepły i niemal zwyczajny klimat codziennej pracy w telewizji. Jak wygląda praca na ekranie, widziana od kuchni? Maciej Orłoś i Marek Sierocki przybliżają nam to w swobodnej, niezobowiązującej luźnej relacji, która płynie naturalnym rytmem.

Mnóstwo zabawnych anegdot, dobrego humoru i dystansu do własnej pracy – to jest to, co tu znajdziemy. Świetnie czyta się te zgrabnie poukładane historie ludzi, którzy dzielą te same wspomnienia, różne perspektywy i zdecydowanie mają wiele do powiedzenia. Przeplatana listami od widzów i zdjęciami współpracowników, bawi i zadziwia.

Ta książka jest wyłomem do kulis tej potężnej machiny dziennikarskiej, jaką jest program informacyjny oraz wyłomem do życia samych prezenterów.  Nie jest to książka, która narzuca nam  określony obraz programu. Ona raczej zdejmuje klapki i pokazuje wielopłaszczyznowość takiej pracy. To książka bardzo ludzka, o ludziach i dla ludzi.

Joanna

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Paulina Młynarska - Jeszcze czego!

Po książkę Pauliny Młynarskiej sięgnęłam z czystej ciekawości. Bo gdzieś słyszałam, bo coś widziałam, ale właściwie to nic o niej nie wiem. Autorka była dla mnie jedną z wielu tajemniczych postaci z mediów, o której coś gdzieś, ale właściwie niewiele. Nie wiedziałam też, czy chcę się w to mieszać. Agresywna wręcz reklama na rozmaitych portalach nie zostawiła mi wyboru, a zakwalifikowanie jej do modnej grupy poradnikowo-motywująco-pobudzających kobiece energie książek sprawiła, że dałam się namówić. I co?

Spostrzeżenia autorki nie zaskakują, lecz nie pozostają bez echa. Prawdy, które przecież znamy, na nowo dobitnie wwiercają się w umysł. Poruszane są w niej codzienne problemy i te mniej codzienne, o których czasami słyszy się w mediach, które czasem dotykają każdej z nas. O świecie, który bardzo nie lubi kobiet. Ta książka oburza. Oburzają historie, które autorka wyciąga z cienia i rzuca nam na pożarcie, oburza społeczne przyzwolenie na przedstawione zachowania, oburza, że opisane zdarzenia są prawdziwe... Jednocześnie oburza sama Młynarska.

Autorka już na wstępie uprzedza, że książka będzie opierała się na pewnym uogólnieniu, by wyraźniej i dobitniej przedstawić ogrom problemu. Mnie to nie pomogło. Wrzucanie wszystkich do jednego przybrudzonego wora raziło przez całą lekturę. Jej sposób relacji, który mówi o tym, że wszyscy mężczyźni są źli (choć sama przyznaje, że nie są), sposób, w którym na podstawie kilku przykładów stara się zarysować niezwykle przykry obraz świata. Popieram jej dążenia do uświadamiania kobiet, jednak nie popieram skrajności. Młynarska bardzo w taką skrajność uderza.

Ta pozycja to zbiór mniej lub bardziej trafnych spostrzeżeń na temat otaczającej nas (kobiety) rzeczywistości, a jednocześnie spora dawka prywaty. W większej części nazwałabym ją po prostu biografią, bo historie z życia autorki są główną treścią, choć podaną jako udany przykład wojującej niezależnej kobiecości.

To nie jest zła książka, ale jej lektura sprawia, że na mężczyzn zaczynamy patrzeć podejrzliwie i spod byka. A ja nie wiem, czy o to chodziło.

Joanna

niedziela, 31 lipca 2016

Roman Kołtoń – Deyna czyli obcy

Cenię Romana Kołtonia za wiedzę jaką posiada na temat piłki nożnej i za to jak o niej mówi, umiejętnie łącząc pasję, z wyważonymi i przemyślanymi wypowiedziami. Bez wątpienia należy do grupy dziennikarzy, których z przyjemnością się słucha. Dlatego byłem pewien, że biografię Kazimierza Deyny, jednego z największych wirtuozów biegających kiedykolwiek na światowych boiskach będzie się bardzo dobrze czytało. I nie pomyliłem się. Roman Kołtoń w swoim charakterystycznym stylu przybliża postać wielokrotnego kapitana Legii Warszawa i reprezentacji Polski. Tłumaczy, skąd wynikał jego fenomen oraz próbuje odnaleźć przyczynę, dlaczego tak wielu kibiców go nienawidziło, dając bodaj największy tego wyraz w trakcie pamiętnego meczu pomiędzy Polską a Portugalią w 1977 roku.

Punktem wyjściowym, od którego Roman Kołtoń rozpoczyna swą opowieść jest zdjęcie przedstawiające sir Stanleya Rousa (szef FIFA) w towarzystwie trójki największych bohaterów X Mistrzostw Świata, Franza Beckenbauera, Johana Cruijffa i Kazimierza Deyny. Każdy z nich jako piłkarz wyprzedzał swoją epokę. Każdego z nich określano mianem geniusza. Świat był u ich stóp i tylko jednemu nie było dane w pełni z tego skorzystać. Lubański, Szarmach, Kasperczak… no i oczywiście również Deyna mieli to nieszczęście, że urodzili się po niewłaściwej stronie muru. W najlepszych latach ich kariery musieli biegać po krajowych boiskach, choć interesowały się nimi największe tuzy na czele z Realem Madryt i Bayernem Monachium. Ktoś zapewne powie, iż dzięki temu nasza liga była jedną z najlepszych w Europie, czymś normalnym było widzieć nasze kluby grające na poziomie ćwierćfinałów w najważniejszych rozgrywkach klubowych. Zgoda, tylko z drugiej strony, czy nazwisko Deyna, zwłaszcza u młodszych kibiców, znaczy dziś tyle co Beckenbauer lub Cruijff? No i zasadnicze pytanie, czy gdyby kariera Deyny potoczyła się inaczej żyłby ciągle wśród nas…

Nie jest tajemnicą, że myśląc o Kazimierzu Deynie staje nam przed oczami obraz osoby przede wszystkim skrytej, małomównej, zamkniętej w sobie, tymczasem w książce poznajemy troszeczkę innego „Kazika”. Henryk Kasperczak określa go nawet mianem „dowcipnego człowieka”. Jednak popularny „Kaka” ma też swoje ciemne strony. Wiąże się to głównie z frustracją wynikającą z niemożliwości wyjazdu na zachód. To, plus oderwanie od realiów życia codziennego, widoczne jest często w wywiadach udzielanych przez Deynę w drugiej połowie lat 70. Zapewne nie jeden kibic piłkarski pomyślał wtedy: „panu piłkarzowi coś się w głowie poprzewracało”.

Roman Kołtoń przygotowując się do napisania książki wykonał kawał dobrej roboty. Przejrzał dziesiątki publikacji, artykułów i wywiadów z Kazimierzem Deyną, jakie ukazały się w latach 70 i 80 ubiegłego wieku. Dotarł do ludzi, którzy znali go osobiście. Niestety albo „stety”, skupił się wyłącznie na Deynie jako piłkarzu - jak postrzegał świat jako piłkarz, jak myślał jako piłkarz. A przecież był on też mężem i ojcem, bratem i kolegą. Brakuje mi tutaj również wypowiedzi osób wygwizdujących Deynę, gdy ten występował w barwach narodowych. Może ciężko do nich dotrzeć, może dziś się wstydzą swego zachowania, lecz tylko oni tak naprawdę mogliby powiedzieć, dlaczego go nie znosili.

„Deyna czyli obcy” jest książką pięknie wydaną, wzbogaconą licznymi fotografiami i anegdotami. Autor nierzadko na tle losów Deyny, przybliża realia polskiej piłki w czasach PRL. Jest się czasem z czego pośmiać, choćby wtedy, gdy Włodzimierz Lubański zabiegał o zgodę na przejście do zagranicznego klubu. Otrzymał ją „ze względu na nieodwracalne zmiany sprawnościowe, jakie zaszły w moim organizmie po kontuzji kolana i dwóch operacjach”*. Przyznać trzeba, że z taką adnotacją raczej mógł zapomnieć o wyjeździe. Na szczęście udało się zmieniać uzasadnienie: „Ze względu na trudne warunki klimatyczne w Polsce wskazane jest, by dalsza sportowa kariera obywatela Włodzimierza Lubańskiego przebiegała w kraju o ciepłym i łagodnym klimacie”** Dziś chyba jest to nie do pomyślenia.

quidam

* R. Kołtoń, Deyna czyli obcy, Poznań 2014, s. 99
** R. Kołtoń, Deyna czyli obcy, Poznań 2014, s. 99

środa, 15 czerwca 2016

Emma Donoghue - Pokój

Szokująca, dziwna, trudna – tak mówią. Wzruszająca, przejmująca, niesamowita – tak też mówią. To jedna z tych historii, jakie znamy z mediów. Nieobce są nam nazwiska Natashy Kampush czy Josefa Fritzla. To głośne sprawy. I chociaż ta powieść jest fikcją, okazuje się, że niedaleko pada fikcja od rzeczywistości. „W Nazewnątrz jest wszystko. Jak tylko o czymś pomyślę, o nartach, fajerwerkach, wyspach, windach, jo-jo, zaraz sobie przypominam, że istnieją naprawdę, dzieją się w Nazewnątrz wszystkie razem. Głowa mi się od tego męczy (…) Ale mnie tam nie ma, mnie ani Mamy, tylko nas tam nie ma. Czy my jeszcze jesteśmy naprawdę?” – pyta pięcioletni Jack z powieści.

Mały Jack ma pięć lat. Od pięciu lat jego życie zaczyna i kończy się na jedenastu stopach  kwadratowych. Jedyną osobą, którą zna, jest jego mama. Jest jeszcze Stary Nick, który chyba nie jest do końca prawdziwy, bo przecież Jack go nie widuje. Czasem słyszy jego głos, jak przychodzi i mówi coś do mamy. Wtedy Jack musi chować się w szafie. Może więc Stary Nick istnieje. Jack zna też postacie z telewizji, ale nie wie, które z nich są prawdziwe. Trawa, drzewa, ptaki, nawet kwiaty i psy – to tylko obrazki z ekranu, które mieszkają w telewizorze. Przecież świat kończy i zaczyna się tutaj. A może nie?  Mama próbuje go przekonać, że telewizja pokazuje mu świat z „nazewnątrz”. Ale Jack nie wierzy. Jak miałby wierzyć? Nigdy tam nie był.

„Pokój” to powieść wydana ponad pięć lat temu, ale naprawdę głośno zrobiło się o niej dopiero po rozdaniu tegorocznych Oscarów. Wszystko dzięki ekranizacji (reż. Lenny Abrahamson), która poruszyła serca widzów i jurorów. „Pokój” zyskał rozgłos zdobywając nie tylko Oscara, ale też trzydzieści innych nominacji i siedem prestiżowych nagród filmowych. Pamiętając, że w większości przypadków książka bije na głowę swoje ekranizacje, a film mnie przekonał –    sięgnęłam po książkę. Czyta się ją naprawdę szybko. Dzięki wciągającej, przejmującej fabule oraz niekończących się dialogach tekst płynie przez palce i kończy się szybciej niż można by się tego spodziewać. Ukazanie rzeczywistości z perspektywy pięciolatka to główny walor tej historii. Jack pokazuje nam świat zupełnie niezrozumiały, wykraczający poza zdolności pojmowania dorosłych. To jednocześnie świat, który nam wydaje się potworny i smutny, a który dla niego jest domem. Prawdziwym i jedynym domem, jaki zna.

To dobra pozycja, szczególnie dla osób, które lubią sobie nad książką popłakać, choć nie tylko. Dzięki szczególnej narracji ta smutna historia nie zamieniła się w typowego wyciskacza łez. Jest tam tez wiele ciepłych, dobrych momentów, na które warto zwrócić uwagę. Dobrze czasem przeczytać coś podobnego.

Joanna

piątek, 13 maja 2016

Éric-Emmanuel Schmitt - Tektonika uczuć

Éric-Emmanuel Schmitt zasłynął jako autor kultowej powieści „Oskar i Pani Róża”. Tak go poznałam, zapamiętałam, tak już zostało i teraz mi głupio. Przecież to zaledwie tylko cząstka jego dorobku (nawet, jeśli to niezwykle znacząca cząstka). Wzruszająca historia o umierającym chłopcu była hitem podstawówki (a może już szkoły ponadpodstawowej?) i nie wiem dlaczego, nigdy nie sięgnęłam po więcej.  Niewiarygodne, jakim cudem udało mi się przez tyle lat tak konsekwentnie unikać autora „Małych zbrodni małżeńskich”. Teraz też, przyznaję ze skruchą, trafiłam na niego niechcący. Przyciągnął mnie opis.

Rzadko kiedy czytam rekomendacje i streszczenia umieszczone na odwrocie, a jeszcze rzadziej pozwalam im na siebie wpłynąć. Co prawda lubię, kiedy wydawca eksponuje wyjęte z tekstu fragmenty, wtedy owszem, zerkam, ale „Tektonika uczuć” się takim fragmentem nie pochwaliła. I tak spojrzałam. Trafiony, zatopiony. Opis przyciągnął, wciągnął, porwał i wypluł, zanim zdążyłam go przemyśleć. Rybka połknęła haczyk.

"Richard i Diane są w sobie szaleńczo zakochani i wkrótce zamierzają się pobrać. Chociaż... może nie tak szaleńczo, jak się wydaje. A z tym ślubem to też nic pewnego... Tak naprawdę, to myślą o rozstaniu. Czego oni właściwie chcą?"

To banalne szaleństwo świetnie oddaje klimat książki, o czym przekonałam się chwilę później.  Pochłonęłam ją w godzinę. Struktura dramatu i niewielka objętość skutecznie dynamizują tryb czytania, a sama fabuła płynie wartko i zaskakująco. W tej krótkiej tragikomedii wszystko zostało postawione na głowie. On kocha, ale nie kocha, bo kocha, a właściwie kocha inną, choć nie do końca... Ona myśli, że on nie kocha, choć chyba kocha, ale mu tego nie powie, więc udaje, że sama nie kocha, a skoro on nie kocha, ona nie kocha, choć ktoś kogoś na pewno kocha...   I mieli się pobrać. Mieli się rozstać. Wszystko na opak.

Schmitt trafia w sedno relacji damsko-męskich. W przesadzonym półżartobliwym tonie eskaluje problem towarzyskich gier, niedopowiedzeń, przekłamań i manipulacji. Jak łatwo popełnić błąd i postawić niemal idealny świat na głowie siłą własnego absurdu? Jedno zdanie, niekoniecznie prawdziwe, pociąga za sobą lawinę rzeczywistych i dotkliwych konsekwencji. Czasu nie da się cofnąć – przypomina autor głosem głównego bohatera – dobrze o tym pamiętać. To bardzo mądra i pouczająca pozycja, przy której przy okazji można się nieźle ubawić. Szczerze wszystkim polecam.

Joanna

czwartek, 21 kwietnia 2016

Marek Krajewski, Jerzy Kawecki - Umarli mają głos. Prawdziwe historie

Marek Krajewski znowu z kimś współpracował przy pisaniu książki?! Ale jak, przecież nic tego nie zapowiadało? I kto to w ogóle jest Jerzy Kawecki? Tego typu pytania narodziły się zapewne nie tylko w mojej głowie. Ci,  którzy czytają książki od deski do deski, a przy okazji mają wyśmienitą pamięć do nazwisk zapewne skojarzą Jerzego Kaweckiego jako jedną z osób wymienianych przez pisarza w podziękowaniach w prawie wszystkich swoich kryminałach. Pracujący na co dzień w Zakładzie Medycyny Sądowej Jerzy Kawecki od dłuższego czasu zbierał materiały ze spraw, w których osobiście brał udział z myślą spisania ich, gdy przejdzie na emeryturę. Na szczęście wcześniej o własnych planach literackich opowiedział przyjacielowi, wyżej wymienionemu Markowi Krajewskiemu. Temu z kolei pomysł na tyle się spodobał, że z marszu zaproponował wspólne napisanie książki.

„Umarli mają głos” to w rzeczywistości dwanaście opartych na faktach, sfabularyzowanych historii, rozgrywających się we Wrocławiu lub w jego okolicach. Autorzy ukazują w nich, ile dobrego może wnieść do śledztwa ekspertyza fachowo wykonana przez medyka sądowego w trakcie sekcji zwłok. Dlatego przedstawiane w książce zbrodnie, a także hipotezy i wnioski proponowane przez Jerzego Kaweckiego są prawdziwe. Prawdziwy jest też sposób jego postepowania. Zmianie natomiast uległ czas rozgrywania poszczególnych wydarzeń, nazwiska bohaterów, gdzieniegdzie dodano fikcyjne wątki. Wszystko w celu aby nie naruszyć dóbr osobistych ludzi, którzy w bohaterach tych – że tak powiem – reportażowych opowiadań mogą rozpoznać siebie, swoich bliskich czy znajomych.*

Marek Krajewski zaskakuje. Już pomijam tematykę książki, choć po prawdzie już sama ona może najbardziej dziwić, jednak moją uwagę od samego początku przykuł sposób, w jaki opowiada pisarz. Zamiast długich, szczegółowych opisów nierzadko o filozoficznym zabarwieniu autor stawia na dynamizm i prostotę.  Dzięki takiemu zabiegowi czytelnik nie jest zarzucany skomplikowanym słownictwem medycznym, ani nie męczy się w trakcie śledzenia kolejnych kroków Jerzego Kaweckiego przy stole prosekcyjnym. Od razu chciałbym zaznaczyć, daleko mi od krytyki umiejętności pisarskich Marka Krajewskiego. Po prostu uważam, iż to co dobrze funkcjonuje w jego powieściach, niekoniecznie sprawdziłoby się tutaj. A tak otrzymujemy dwanaście ciekawych, trzymających w napięciu opowiadań kryminalnych, które wymyśleć mogło jedynie życie.

Szkoda tylko, że na końcu nie zamieszczono przekładów występujących gdzieniegdzie zwrotów łacińskich. Niby obcujemy z nimi na co dzień, a przynajmniej z ich częścią, ale nie sądzę by każdy wiedział co oznaczają. Ot, taki malutki kamyczek do ogródka.

quidam

*Fragment przedmowy autorstwa Marka Krajewskiego

piątek, 1 kwietnia 2016

Sarah Waters – Pod osłoną nocy

Lata czterdzieste, Londyn. „Pod osłoną nocy” to przede wszystkim kilka twarzy Londynu i poplątanych zdarzeń. Mieszkają tu: piach, lęk, miłość i trochę słońca. I wojna, która jednak nie gra pierwszych skrzypiec w historii. O czym opowiada Sarah Waters?

Kiedy dwa tygodnie temu na regale dojrzałam jej kolejną (choć nie według chronologii wydań) powieść, wiedziałam już, że nie możemy się minąć. Przyznam, że nie do końca rozumiem, z czego wynika mój pociąg do jej pisarstwa, bo zdecydowanie nie jest to typ książek, które „wciągają” od pierwszych stron, a wręcz przeciwnie – to pozycje, które bardzo powoli, acz konsekwentnie, wchłaniają czytelnika do środka. Może w tym tkwi haczyk. Są intrygujące, jednak intrygujące nieoczywiście. Fabuła zwykle płynie z wolna, napięcie rodzi się gdzieś podskórnie, i choć zwroty akcji nie są autorce obce, to przychodzą lekko i swobodnie, niemal spodziewanie.

Sarah Waters to brytyjska pisarka, znana przede wszystkim z powieści w stylu wiktoriańskim, w których sensacja, zagadka i miłość przeplatają się w zawiłym tańcu. Brzmi typowo, prawda? Jednak miłość u pani Waters zawsze jest niebanalna i szczególna. To  prawdziwa specjalistka w dziedzinie homoseksualnych powieści historycznych, która w swoim zamiłowaniu jest niezwykle konsekwentna. W powieściach zmieniają się postaci, czasy, konwencje – jednak zawsze, niezmiennie możemy spodziewać się skomplikowanych kobiecych relacji i, powtórzę to, Londynu.

„Pod osłoną nocy” nie jest najnowszą pozycją autorki, lecz w zbiorach biblioteki pojawiła się stosunkowo niedawno. Akcja toczy się w latach czterdziestych dwudziestego wieku i przepływa niemal na zderzeniu dwóch przeciwstawnych światów: wojennego i powojennego. To różnica  miesięcy, czasem lat, które stają się granicą nie do przekroczenia, zmieniając ludzi nie do poznania.

Trudno powiedzieć cokolwiek o fabule tak, by nie zdradzać za wiele. Wynika to ze szczególnej konstrukcji powieści, ponieważ tym razem Sarah Waters opowiedziała historię od końca. To świetny zabieg kompozycyjny, bardzo charakterystyczny dla niektórych pozycji kryminalnych. Być może w ten sposób autorka postanowiła zrekompensować swoim „kryminalnym” czytelnikom brak kryminalnego motywu, skutecznie. Sama, sięgając po książkę, pewna byłam, że na wzór jej innych powieści (jak: „Za ścianą”, „Niebanalna więź” czy nawet „Złodziejka”, w której intryga goni intrygę) będzie to kolejna historia pełna zagadek, tajemniczych morderstw, i śmierci.

W rzeczywistości, śmierci w „Pod osłoną nocy” nie brakuje, jednak tym razem nie jest ona efektem intryg, ale trudnych czasów, w które bohaterowie zostali wrzuceni. Nie ujmuje to pisarstwu autorki, której obyczajowo-psychologiczny dryg został zachowany w nieskażonym stylu. I to także urzeka. Zdolność płynięcia z prądem przy jednoczesnym waleniu się budynków,  przy subtelnym przeplataniu się historii bohaterów, przy towarzyszącym postaciom huku bombowców. To nieprzewidywalne i naturalne przeplatanie się losów osób, które nigdy miały się nie spotkać. Osób, które połączyła i podzieliła nie sama wojna, ale splot zbiegów okoliczności i uczuć. To wszystko sprawia, że opowieść wydaje się bardzo rzeczywista. I porusza.

Joanna